Ex Vitium

Wrota Azylu zamknęły się, a Kapitan stanął w nieprzejednanej ciemności. Minęło kilka chwil zanim oczy przyzwyczaiły się do wszechobecnej czerni, jednak dosyć szybko ujrzały niewielki płomień pochodni znajdujący się gdzieś w głębi korytarza. Mężczyzna schwycił zwisający u boku miecz i ostrożnie ruszył na przód. Kroki stawiał powoli i ostrożnie, szukając wolną ręką ściany, wzdłuż której mógł iść w dobrym, jak mu się wydawało, kierunku. Kiedy wziął pochodnie, poczuł się nieco pewniej i spokojniej. Nie mógł jednak oprzeć się wrażeniu, że coś sięga ku jego myślom, szepcze do ucha rzeczy, których nigdy w życiu nie spotkał i nie doświadczył, a które, ma wrażenie, zna od dawien dawna.

Coś odbiło się nagle głuchym echem w oddali, wyrywając Kapitana z zamyślenia. Dobył swojego miecza i już pewniejszym krokiem ruszył przed siebie. Nigdy tutaj nie był, jednakowoż wiedział dokąd iść. Minął kilku świeżych trupów, które bez wątpienia należały do jego drużyny. Przyjrzał się uważnie poległym, po czym ruszył dalej, w kierunku z którego, jak mu się wydawało, dobiegł ów tajemniczy dźwięk.

Korytarz zakończył się nagle, ustępując miejsca solidnym, drewnianym drzwiom, okutym dodatkowo żelaznymi wzmocnieniami. Poprawił uchwyt na swojej broni i szybkim ruchem otworzył je. Te ustąpiły łagodnie i nad wyraz cicho, jakby wcale nie sprawiały wrażenia wiekowości. W środku również panował mrok, jednak pomieszczenie po drugiej stronie oświetlone było pochodniami zawieszonymi w kagankach na filarach i ścianach. Kiedy Kapitan przekroczył próg, wrota zamknęły się za nim z głośnym trzaskiem.

To był moment, którego obawiał się najbardziej. Zewsząd nadciągały do niego odgłosy żelastwa oraz rechotu istot, które nie zamierzały puścić go wolno. Ukrył się za jednym z filarów, przygotowując się do odparcia nadciągającego ataku. Istoty wylały się zewsząd, otaczając go w mgnieniu oka. Strzał świszczał koło ucha, nie dając Kapitanowi wychylić się nawet na moment.

Pierwsze ze Zrodzonych z Echa wybiegło zza rogu, dzierżąc krótki, zakrzywiony miecz. Kapitan był jednak gotowy i ciął na wysokości głowy. Błysk ostrza przeciął przeciwnika, zostawiając czarną jak smoła strugę krwi. Stworzenie padło w konwulsjach pod nogami rycerza. Kolejnych dwóch nadbiegło z włóczniami, dźgając w morderczym szale. Jedna włócznia ześlizgnęła się po stalowym naramienniku, druga jednak trafiła w miękki kaftan pod ramionami Kapitana. Ten zasyczał z bólu, starając się odskoczyć w bok. Włócznie obu stworzeń zderzyły się ze sobą, dając mu idealny moment na kontratak. Rycerz rzucił w jednego z nich pochodnią i wykorzystując jego oszołomienie, szybkim sztychem przebił jego brzuch. Drugi nie pozostawał bierny, jednak jego włócznia była zbyt długa żeby zamachnąć się na rycerza. Ten natomiast odepchnął truchło monstrum wprost pod nogi przeciwnika.

Wtedy poczuł ból. Jedna ze strzał utkwiła w jego plecach, a zaraz za nią kolejna. Nie wiedzieć skąd zabłyszczała kolejna włócznia, a jej zardzewiały grot przebił rycerską kolczugę na wysokości pasa. Oczy kapitana podeszły krwią, skutecznie ograniczając widoczność. Próbował jeszcze złapać drzewiec włóczni, jednak kolejny cios w nogi powalił rycerza za kamienną posadzkę.

Pełen bólu i beznadziei, starał się zobaczyć otaczające go stwory, czekając na niechybną śmierć. Ta jednak nie nadeszła, a jej śmiech jakby roznosił się po całym tym przeklętym przez bogów miejscu. Wtedy nadeszła ona, ubrana w czarną szatę, stąpając dostojnie, idąc wprost do leżącego na ziemi rycerza. Stwory rozchodziły się przed nią, kłaniając się i padając w pokłonach na ziemię. Zatrzymała się przed mężczyzną, nachylając się przed nim i spokojnie przyglądając.

Usłyszał jej głos. Ten sam, który śnił co noc i ten sam, który nie mógł przestać do niego mówić, odkąd tylko przybyli do tego przeklętego klasztoru. Był kojący, a jednocześnie przeraźliwie mroczny, wwiercający się do najgłębszych czeluści jego uszy. Rozlewał się po jego ciele echem, jak wodne kręgi po wrzuceniu kamienia do sadzawki.

Wtedy się obudził. Zlany potem, niemal spadając ze swojego siennika rozłożonego w narożniku dużego namiotu. Szybkim krokiem podszedł do wejścia i rozejrzał się na zewnątrz. Chłodne powietrze poranka otrzeźwiło jego lico, przynosząc ukojenie roztrzęsionemu działu.

– Edgar! – Krzyknął kapitan, rozglądając się po budzącym się do życia obozowisku. – Edgar, do mnie! – Dodał po chwili, wychodząc już przed swój namiot.

Jeden z rycerzy dobiegł po chwili do Kapitana, kłaniając się w pas. – Tak Panie! – Odpowiedział zziajany.

– Przygotuj kolejnego rekruta. Musimy przebić się do tego cholernego klasztoru. – Rozkazał Kapitan, chwytając żołnierza za ramię. – Uzbroić go należycie! To nie będzie łatwa przeprawa. Niech ostrza będą ostrze niczym brzytwy, a strzał ostre jak noże. – Dodał, po czym puścił najemnika, który w mgnieniu oka pobiegł do namiotów rekrutów.

W tym samym momencie klasztorne dzwony rozbrzmiały echem sześciokrotnie.

A więc zaczyna się. Pomyślał kapitan i ponownie zniknął w głębi swojego namiotu. Usiadł przy stole, poprawił stalówkę pióra i zamoczył w ciemnym atramencie. Drugą ręką otworzył księgę, przekreślając w niej dwa imiona. Na kolejnych stronach widniały setki kolejnych nazwisk i przydomków ludzi, którzy powierzyli mu swoje życie. Najemników, którzy razem z nim mieli wyplewić wszelkie zło z tego przeklętego miejsca.

Spoczywajcie w pokoju przyjaciele… powiedział sam do siebie. A ciebie wiedźmo, w końcu spotkam osobiście. Nie ukryjesz się w ciemnościach… dodał po chwili, jednak nie był pewny czy to jego słowa, czy to zasłyszane kolejne echo w jego głowie.