(Nie)stracona nadzieja, cz. IV

Sierżant Kovalsky wraz z dwoma swoimi ludźmi, szybkim tempem poruszali się po korytarzu wychodzącym z lądowiska oznaczonego jako 21B. Kiedy doszli do rozwidlenia, rozchodzącego się na lewą i prawą stronę, przystanęli na chwilę, nasłuchując otoczenie. Po niedługiej chwili Kovalsky nakazał udać się w prawą odnogę tego przejścia, a po kolejnych kilkunastu minutach doszli do zamkniętych grodzi. Nie mieli ze sobą Harpera, ale panele sterujące łatwo było przeciążyć. Dla osób, które rzecz jasną wiedzą co mają z czym połączyć. Sierżant odłożył swój ciężki karabin na podłogę, ukucnął i szybkim ruchem ściągnął metalową pokrywę. Rozłączył kilka przewodów, rozciął i połączył w sobie znany sposób. Nad drzwiami zaświeciło się zielone światło i drzwi otworzyły się z cichym syknięciem.
– No, gotowe. – powiedział Kovalsky sam do siebie, sięgnął po karabin i wszedł do pomieszczenia razem ze swoimi ludźmi. Kiedy tylko znaleźli się w środku, ich oczom ukazał się niezwykły widok. Kilkanaście metrów dalej, na środku pomieszczenia stało pięciu ludzi, odzianych w pancerze wspomagane i uzbrojonych w nowoczesne karabiny. Kovalsky natychmiast nakazał ludziom przykucnięcie oraz schowanie się za najbliższą stertą skrzyń i kontenerów. Napotkani przeciwnicy rozmawiali i sprawiali wrażenie, że kompletnie nie spodziewają się jakichkolwiek gości nadchodzących od tej strony. Sierżant przyjrzał im się uważnie i nie miał żadnych wątpliwości. Byli to elitarni najemnicy korporacji Exo-Tech. Uzbrojeni po zęby, wspomagani cybernetycznymi wszczepami oraz śmiertelnie niebezpieczni. Żołnierz wyświetlił sobie mapę holograficzną tego miejsca, na której oznaczeni byli także wszyscy podkomendni Anderssona. Przyjrzał się uważnie ich lokalizacji i wezwał najbliższą drużynę.
– Alfa-1, Harper, zgłoś się – powiedział szeptem Kovalsky, ściszając słuchawki wbudowane w hełm.
– Alfa-1, co tam Kovalsky? Zgubiłeś się? – odpowiedział po chwili oficer, uśmiechają się na chwilę.
– Przymknij się Harper, sytuacja nie jest do śmiechu. Jesteś w sektorze B653-f, całkiem blisko nas. Mam tutaj pięciu siepaczy Exo-Tech, idąc dalej przez C456 i korytarzem C456a, dojdziesz do pomieszczenia i możemy ich oflankować. To placówka Przymierza, nie mają prawa tutaj przebywać. Odbiór – wyszeptał Kovalsky, co jakiś czas zerkając na rozmawiających i śmiejących się najemników korporacji.
– Exo-Tech? Cholera, nie dobrze. Powiadomię komandora i idę, nie wychylajcie się sierżancie. – odrzekł Harper, któremu ewidentnie przestało być do śmiechu. Postępując według planów Kovalskiego, sierżant szybkim krokiem udał się w wyznaczone miejsce. Drzwi na końcu korytarza były otwarte, co było miłą odmianą. Kiedy tylko przeszli przez grodzie, wycelowali kolimatory swoich karabinów na najemników Exo-Tech. W tym samym czasie Kovalsky zaszedł ich od drugiej strony, również mierząc z broni w ich kierunku.
– Sierżant Kovalsky, siły zbrojne Przymierza Narodów Zjednoczonych, ręce do góry. Nie macie prawa tutaj przebywać, to państwowy ośrodek badawczy. Korporacja nie ma tu wstępu. – powiedział głośno oficer, ostrożnie stawiając każdy krok i skupiając się na ruchach najemników. – Kto jest tutaj dowódcą? – dodał po chwili, przyglądając się oznaczeniom i szarżom na ich pancerzach.
Najemnicy nie zamierzali jednak rozmawiać, w ciągu kilku chwil odskoczyli, dzieląc się na dwa oddziały i otwierając ogień automatyczny w kierunku żołnierzy Anderssona. Z niemal nadludzką szybkością ukryli się za osłonami, zręcznie unikając ognia przeciwnika. Rozpoczęła się rzeź.

***

Komandor Anderson nie mógł uwierzyć własnym oczom. Po środku wielkiej sali, która pełniła niegdyś rolę kantyny, stołówki albo pokoju konferencyjnego, ułożony był ogromny stos ludzkich ciał. Szybkie oględziny pozwoliły stwierdzić, że należały one do byłych pracowników placówki. Postrzępione ubrania, kitle i kombinezony nosiły ślady oznaczeń Przymierza. Nie to było jednak przerażające. Uwagę kapitana przykuł wygląd samych ciał i skóry naukowców. Nienaturalnie powykręcane kończyny, wysuszone i blade twarze oraz skóra całkowicie pokryta nieznanego pochodzenia purpurowymi naroślami, wyglądem przypominającym leśne pnącza.
– Jasna cholera, co tu się stało? – powiedział Andersson sam do siebie, nie oczekując od nikogo odpowiedzi. – Przejść w tryb zagrożenia biologicznego, aktywować filtry i maski tlenowe. Smith, podwójna porcja stymulantów i antybiotyków. – rozkazał komandor. Jego ludzie szybko wykonali rozkaz, a sierżant Smith w ciągu kilku chwil, operując na wbudowanym w pancerz komputerze, uruchomił dozowanie chemikaliów w zbroi każdego z żołnierzy.
– Komandorze, Gamma-3, odbiór. – rozległ się nagle dźwięk w słuchawce komandora.
– Andersson, zgłasza się. Co jest Salvini? – odpowiedział dowódca.
– Ciężko to wyjaśnić, ale znaleźliśmy pracowników placówki… tylko jest z nimi coś nie tak. – odpowiedział dysząc Salvini. – Chodzą w kółko, wyglądają jak siedem nieszczęść, cali bladzi. No i coś ich… tak jakby porasta – dodał sierżant, jakby samemu nie wierząc własnym oczom.
– Przyjąłem Salvini, spotkałem już ich… a raczej ich ciała. Aktywujcie tryb zagrożenia biologicznego i jak najszybciej udajcie się do punktu zbiórki. Czekam tu nas was. – rozkazał Andersson. – Aha, Salvini. Zabraniam kontaktu z nimi, nie wiadomo co im się stało. – dodał komandor.
– Tak jest koman… – chciał powiedzieć Salvini, jednak komunikację przerwały wystrzały z broni laserowej i wybuch granatu.
– Salvini, co jest? – krzyczał niemal Komandor, próbując dostrajać kanały komunikacyjne. – Salvini, kurwa mać, odbiór. Słyszysz mnie? – wrzeszczał Andersson, jednak nie otrzymał już żadnej odpowiedzi.   Rozkazał trzem swoim ludziom zabezpieczyć perymetr, po czym sam rozejrzał się po pomieszczeniu. Nie było tu jednak nic wartego zobaczenia, żadnych danych ani prywatnych terminali informacyjnych. Kiedy jednak błądził wzrokiem i latarką po pomieszczeniu, jego uwagę przyciągnął niewielki błysk metalowego przedmiotu, położonego gdzieś w stosie ciał zmutowanych pracowników stacji. Podszedł w to miejsce i zobaczył nośnik danych umieszczony w porcie cybernetycznym na potylicy jednego z leżących tu ludzi. A to ciekawe, skąd to się tu wzięło? Pomyślał Andersson i szybkim ruchem wyciągnął to ustrojstwo i wsadził w port wbudowany w pancerz. Na wizjerze hełmu rozpoczęła się kompilacja danych, komandor autoryzował pobieranie danych kodami Przymierza i odtworzył plik audio, który oznaczony był jako pierwszy.
– Dzień 6459 czasu ziemskiego. – rozpoczął niski, starszy głos pracownika – Thomas de Löwe, inżynier genetyczny Przymierza, kierownik sekcji do spraw Ksenobiologii. Jesteśmy w przededniu wielkiego odkrycia! Obiekt 6 wykazuje czułość na fale elektromagnetyczne i grawitację, zmieniając swoje cechy biologiczne i fizyczne. Rozrasta się, a jego barwa przybiera coraz bardziej szkarłatny kolor. Zleciłem kolejne badania fizykalne, jednak zarząd nie wykazuje należytego entuzjazmu, ale ja wiem, że te obserwacje są przełomowe! – nagranie nagle się skończyło. Komandor od razu uruchomił kolejne.
– Dzień 6567 czasu ziemskiego, placówka badawcza Przymierza, inżynier Thomas de Löwe. – ponownie rozległ się poznany głos, teraz wyraźnie roztrzęsiony. – Niesamowicie się rozrasta… to jest… hipnotyzujące. Jest w nim coś pięknego, jakaś pierwotna siła i moc. Zarząd musi spojrzeć przychylnie na moje prośby. Zrobi to, albo… jest piękny – zakończył naukowiec, ekscytując się czymś albo kimś, jednak komandor dalej nie rozumiał co takiego wydarzyło się na tej stacji.
– Dzień 6602 czasu ziemskiego. Odwiedzili nas dzisiaj przedstawiciele handlowi Exo-Tech i XenoGenetic. Chcieli położyć swoje brudne i niegodne łapska na moim stworzeniu. Moim dziele! Dorobku całego mego naukowego życia! Nie, nie pozwolę na to. Nie godzi się. Co? Ja? Ależ Arnoldzie, ja wszystko wytłumaczę. Zostaw to! Zostaw mówię, uważaj, bo spad… – przerwał nagle głos naukowca, a w tle słychać było pęknięcie jakiegoś szkła, po czym nastąpiła głucha cisza i delikatne szumienie zakończonego nagrania pliku dźwiękowego.
– Alfa-1, zgłoście się. – odezwał się Andersson, jednak odpowiedziała mu cisza. – Beta-2, jesteście tam? – tutaj także we wbudowanej w hełm słuchawce rozbrzmiewał cichy szum.
– Gamma-3, komandorze, odezwijcie się na miłość boską! – rozległ się nagle głos sierżanta Kovalskiego. – Komandorze Andersson, słyszy mnie pan?
– Co tam Kovalsky? Gdzie wy do cholery jesteście? – odpowiedział komandor, ściskając w ręku wyciągnięty nośnik danych z nagraniami naukowca.
– Zostaliśmy odcięci. Powtarzam, zostaliśmy odcięci. Najemnicy Exo-Tech otworzyli ogień, łamiąc wszelkie konwencje i umowy galaktyczne. Zostałem sam, Terrence i Novak nie żyją. Dołączyła do mnie Beta-2, jednak przeżył tylko Harper i Collins. Nie damy rady stawić się w Sigma6 komandorze, odbiór. – powiedział Kovalsky, z trudem łapiąc oddech i co chwila oddając serię z karabinu w sobie tylko znanym kierunku.
– Trzymajcie się tam Kovalsky, już do was idziemy. – odpowiedział Komandor, chowając w kieszeń nośnik danych i ściągając z pleców swój ciężki karabin. – Dobra chłopaki, zbieramy się. Misja właśnie się schrzaniła, nic tu po nas. – rozkazał swoim żołnierzom, ruszając przed siebie z odbezpieczoną bronią i złością na twarzy. Smith proponował mu stymulanty adrenaliny, jednak serce komandora przelewało w jego organizmie chyba hektolitry krwi.
Kiedy otworzył drzwi sali w której się znajdował, ujrzał przed sobą na wpół nieżywego Salviniego, z jednym z jego żołnierzy, opartego o ścianę i kurczowo trzymającego się za ramię.
– Buongiorno Komandorze, jesteśmy. Przeżył tylko Homer, niezły z niego skurczybyk. – cedził przez zęby sierżant, wypluwając co chwilę z ust nieco krwi. – Nie wiem jak wam to powiedzieć, ale spotkaliśmy kolesi z XenoGenetic i coś było z nimi bardzo nie tak. Ruszali się tak jakoś ospale, mieli wykrzywione mordy a ich ciała pokrywało jakieś czerwone paskudztwo. Ostrzegaliśmy ich, ale podeszli tak blisko że musieliśmy otworzyć ogień… potem rzucili się na nas, nagle, niczym gepardy… – nie skończył mówić, kiedy podbiegł do niego Smith i wstrzyknął mu łagodzącego rany medycznego stymulanta, zwanego w wojskowym żargonie stimem.
– Dzięki doktorku, jestem zobowiązany – odrzekł z wyraźną ulgą Salvini.
– Salvini, a co z naszą niespodzianką? – odezwał się nagle komandor.
– Jaką niespodzianką? – zainteresował się Smith, co chwila monitorując stan zdrowia chłopaków.
– Potem, Smith nie ma teraz czasu. Salvini, gdzie to jest? – ponaglał Andersson, wyraźnie ignorując coraz bardziej zdenerwowanego medyka.
– Rozkazałem, aby dostarczyli to razem z ładunkiem amunicji i tlenu. Wszystko leży grzecznie w hangarze 22C. – odpowiedział Salvini. – przynajmniej było, dopóki nie musieliśmy się stamtąd ewakuować. – dodał po chwili, poprawiając uchwyt na karabinie i sprawdzając stan chłodziwa amunicji energetycznej.
W tej samej chwili, otworzyły się jedne z drzwi tego wielkiego pomieszczenia przeładunkowego i wyskoczyli z nich Kovalsky, Harper oraz jeden z jego podkomendnych. Kiedy wszyscy obecni jak poparzeni rzucili się za osłony, z sali naprzeciwko wyłonili się najemnicy Exo-Tech. Ich ciężkie karabiny przeszywały powietrze jak masło, a jeden z nich co chwila odpalał swój miotacz płomieni. Z innej strony, nadeszli zmutowani żołnierze XenoGenetic, powłóczący nogami, a z ich rąk wyrastały czerwone pnącza, przybierając kształt szponów. Jeden z nich doskoczył do jednego z najemników Exo-Tech i kilkoma szybkim ciosami, przebił pancerz wspomagany i zatopił się we wzmocnionej skórze cybernetycznego żołnierza. Kilku siepaczy korporacji otworzyło w jego kierunku ogień, skutecznie unieszkodliwiając monstrum i kilku jego towarzyszy, odsłonili się jednak nieświadomie przed ludźmi Anderssona. Komandor tylko czekał na taki obrót sytuacji. Wziął głęboki wdech, przycelował i pewnie nacisnął spust. Jego ciężki karabiny zaśpiewał, a kule zatańczyły w powietrzu rozrywając pancerze wspomagane najemników Exo-Tech i mutantów XenoGenetic. Szale zwycięstwa wydawały przechylać się na stronę komandora, jednak z kolejnych drzwi wyszli następni przeciwnicy. Nie byli to jednak siepacze korporacji, a zainfekowani pracownicy placówki. Obrośnięci czerwonym pnączem, obcą formą życia, rzucali się gdzie popadanie i na kogo popadnie. Pierwszy poległ Kovalsky, później Homer, Harper, potem kolejni. Za nimi polegli najemnicy Exo-Tech, niemal zmiażdżeni przez skażonych naukowców. Salvini, widząc co się dzieje, rzucił w ich kierunku dwa granaty odłamkowe, dając sobie parę minut życia. Podbiegł do Anderssona i wcisnął mu w kieszeń pancerza małe urządzenie. Komandor spojrzał się na ułamek sekundy w jego kierunku i posłał sierżantowi pytające spojrzenie.
– To jest ostateczność kapitanie. Bomba termo-baryczna jest uzbrojona, dopilnowałem tego. Wystarczy jeden przycisk. Niech Bóg ma nas w swojej opiece komandorze. – powiedział Salvini, wypluwając serię pocisków w zbliżającego się mutanta. Ludzie komandora stawiali opór, jednak w dłuższej perspektywie czasu nie mieli większych szans. Andersson sięgnął po detonator i położył palce na przełączniku. Wiedział, że dla tej stacji nie ma już ratunku. To co się tutaj działo, nie mogło nigdy wydostać się poza teren ten placówki. Jego obowiązkiem było chronić ludzkość przed zagrożeniem. Jego zadaniem było chronić rodzinę. Sięgnął do jednej z kieszeni i wyciągnął małą zabrudzoną bransoletkę ofiarowaną mu przez córeczkę. Owinął ją wokół detonatora, wypuszczając jeszcze serię z karabinu w kierunku mutantów, które dosłownie oblepiły wrzeszczącego Smitha.
– To dla ciebie córeczko… żegnaj Helen. – powiedział komandor Andersson, po czym nastąpił błysk i nastała ciemność.

***

– Mamusiu, widziałaś może zieloną kredkę? – krzyknęła Susan, gorączkowo przeszukując metalowy organizer położony na jej biurku.
– Kochanie, przecież ci mówiłam, że odłożyłam ją na twoją szafkę. – powiedziała Helen, wchodząc do pokoju i sięgając na jedną z szafek Susan. – Proszę, oto zguba. Co rysujesz, kochanie? – zapytała zaciekawiona mama, wycierając ręce w szmatkę i spoglądając przez ramię córki.
– To nasza rodzina, na lodach. Tutaj jest tata, który trzyma mnie za rączkę i ty, z naszym pieskiem. – powiedziała słodko dziewczynka, biorąc od mamy kredkę i kolorując trawę porastającą jedyny na tej stacji park.
– Piesek? – zapytała zaciekawiona Helen. – Przecież nie mamy pieska Susan.
– Teraz nie, ale tatuś mi kupi. Na urodziny. Wabi się Simba, tak jak w tej książce. – odpowiedziała córeczka z całkowitą szczerością, zmieniając co chwilę kredki i kolorując inne elementy obrazka.
– Czyli ten piesek będzie naszym lwiątkiem? – zdziwiła się Helen. – A wiesz, że lwiątka jedzą dużo mięsa? Może jak będzie duży, to nas zje? – zawarczała nagle Helen i zaczęła łaskotać córeczkę, która śmiejąc się wniebogłosy próbowała odpędzić matczyne ręce. W tym samym czasie, w extranetowym odbiorniku informacyjnym, zawieszonym na ścianie w kuchni, podano wiadomość z ostatniej chwili.
– Anthon Lee, dobry wieczór. Przerywamy transmisję aby nadać bardzo ważny komunikat. Placówka badawcza Przymierza, orbitująca na intergalaktycznej strefie wpływów, wskutek rozprężenia systemów tlenowych i niezachowania należytej staranności wobec procedur bezpieczeństwa, przestała istnieć. Implozję potwierdziły siły zwiadowcze Republiki Marsjańskiej i wojsko Przymierza, zaokrętowane na pokładzie SSV Liberty. Co więcej, na lądowiskach stacji badawczej zaobserwowano zadokowane krążowniki Exo-Tech i XenoGenetic, co stanowić może znaczne uchybienie i złamanie postanowień intergalaktycznych zawartych w traktacie waszyngtońskim. Rząd Przymierza wystosował notę dla przedstawicieli obu firm z żądaniem wyjaśnień… – Helen podeszła do pulpitu i ściszyła głośność. Jej skóra pobladła, a pięść zacisnęła się na trzymanej w ręcę szmatce. Z oczu popłynęły łzy, a kobieta poczuła jak pęka jej serce. W tym momencie zadzwonił interkom przy drzwiach. Helen niemal podskoczyła i podeszła do drzwi.
– Tatuś? – zawołała nagle ze swojego pokoju Susan, zabierając swoją ulubioną maskotkę i idąc w kierunku mamy.
– Nie kochanie, to nie tatuś. Pewnie kurier albo technik, usiądź proszę i dokończ rysunek. Zaraz podam obiad. – odpowiedziała zrozpaczonym głosem Helen, z trudem wstrzymując łzy i starając się wyjść jak najbardziej naturalnie. Drzwi otworzyły się. Na progu stało trzech mężczyzn odzianych w mundury wojsk Przymierza. Jednym z nich, wysuniętym najbliżej drzwi był admirał Gustavsson, bezpośredni przełożony jej męża, stacjonujący tu na orbicie ziemskiej. Łzy Helen płynęły coraz rzewniej, a ona sama wgryzła się z szmatkę, próbując nie szlochać i nie krzyczeć.
– Pani Andersson. – przywitał się admirał skinieniem głowy i wręczył zdruzgotanej kobiecie białą kopertę. Nie mówiąc nic więcej, skłonił się ponownie i odszedł wraz ze swoimi ludźmi. Helen stała kilka minut w drzwiach, ściskając w drżącej dłoni kopertę. Doskonale wiedziała, co się w niej znajduje. W jednym momencie zawalił jej się cały świat, a przez głowę biegła cała gonitwa myśli. Nieporadnie otworzyła list, wyrzucając resztki papieru na ziemię. Odwinęła list i przeczytała nagłówek.
W imieniu głównego zwierzchnika sił zbrojnych Przymierza Narodów Zjednoczonych i prezydenta naszej Ojczyzny, Johna Hendricksa, z żalem i przykrością zawiadamiamy, iż pani mąż poległ, broniąc kraju, świata i wszystkiego co było mu bliskie. Ten oto list zaświadcza, że komandor Thomas Andersson wykazawszy się wielką siłą, odwagą i hartem ducha…Helen zwinęła papier i schowała głęboko do kieszeni. Oparła się o framugę i płakała, nie próbując już nic ukrywać. W tej samej chwili podeszła do niej Susan i przytuliła się do nóg.
– Jesteś smutna mamusiu? – zapytała dziewczynka, ściskając swojego ulubionego misia, Pana Howarda.
– Ja? – wyjąkała Helen. – Tak, trochę tak.
– Mogę ci jakoś pomóc? Albo Pan Howard? – Susan nie ustępowała
– Córeczko, ja… – załamała głos Helen. – Nie, ale wiesz co? Może schowamy ten obiad na później i pójdziemy na lody? Co powiesz na truskawkowe? – odrzekła nagle kobieta, sama do końca nie wierząc we własne słowa.
– Tak! Na lody? – Susan niemal podskoczyła i szybko pobiegła założyć buty. Helen odprowadziła ją wzrokiem, kładąc sobie rękę na brzuchu i delikatnie głaszcząc skórę. Po chwili zasłabła, a jej ciało osunęło się na zimną, metalową posadzkę kosmicznej stacji orbitalnej.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *