Północny wiatr naprawdę potrafił zmrozić krew w żyłach. Nie taki jednak co na Ziemi, a sztucznie wytworzony na orbitalnej stacji kosmicznej. Systemy klimatotwórcze zsynchronizowane były z aktualnymi danymi przesyłanymi wprost z ziemskich stacji meteorologicznych i serwowały stacjonującym na niej ludziom niemal ziemską atmosferę. Zgodnie z założeniami i krzykliwymi hasłami korporacji Exo-Tech, każdy pracownik, czy to cywil czy wojskowy, zasługiwał na odrobinę domu w kosmosie – dzięki wysoce zaawansowanej technologii. Dzisiaj jednak technicy pracujący na porannej zmianie ewidentnie mieli dobry humor i zaserwowali iście arktyczne powietrze.
Doskonale przekonała się o tym sześcioletnia Susan, która kurczowo ścisnęła matczyną rękę, chowając zmarzniętą główkę w grube poły płaszcza. Helen ukucnęła przy córeczce i poprawiając bawełnianą czapeczkę, mocną ją przytuliła.
– Mamusiu, zimno mi. – powiedziała cichutko Susan, wtulając się w mamę i szepcząc jej do ucha.
– Wiem, kwiatuszku, wiem. Mamy teraz zimę i czasami wieje mroźny wiatr. Pamiętasz jak zgrzytałaś zębami u babci Theresy, jeszcze tam na Ziemi? – odpowiedziała Helen, patrząc dziecku w oczy i delikatnie się uśmiechając.
– Nie pamiętam, mamusiu. – szepnęła Susan, a na jej twarzy pojawił się grymas zwątpienia. Widać było jednak, że próbuje sobie przypomnieć.
– Miałaś wtedy taką niebieską kurteczkę i uszytą lalę. Tą od cioci Kate, której nie zdążyliśmy zabrać. – odpowiedziała Helen
– Tak! Moja Mia! – ożywiła się Susan, a przed oczami stanęły jej obrazy z niedalekiej przeszłości. – Szkoda, że jej z nami nie ma. Myślisz, że jest szczęśliwa? – dodała niespodziewanie i z autentycznym zaciekawieniem spojrzała na mamę.
– Kto? Mia? – powiedziała Helen
– No tak, a kto? – odpowiedziała Susan, robiąc słodką, skwaszoną minę.
– Oczywiście, córeczko, oczywiście. Wierzę w to. Babcia Theresa na pewno bardzo dobrze się nią teraz zajmuje – rzekła mama dziewczynki, całując ją w czoło.
– A gdzie jest teraz ciocia Kate? – zapytała nagle Susan.
– Ciocia? – szepnęła Helen, urywając jednak w pół słowa i stanęła na równe nogi. Ktoś odciągnął jej uwagę i przykuł wzrok. Wprawne oko mogłoby zauważyć, że po policzkach kobiety spływają drobne, małe łezki.
– Tutaj jesteście! Wszędzie was szukam. – powiedział wysoki, dobrze zbudowany, ogolony na łyso mężczyzna. Rozkładając ramiona, wziął dziewczynkę na ręce i podniósł wysoko ponad głowę. – Moja kochana córeczka! – dodał Thomas, szeroko się uśmiechając.
– I kochana żona… – rzekła Helen, mocno wtulając się w umięśnione ciało, ukryte pod czarnym, wojskowym mundurem. – Naprawdę musisz? – zapytała męża, znając jednak jego odpowiedź.
– Wiesz, że muszę – odpowiedział pewnie Thomas, jednak w jego głosie dało się wyczuć delikatnie drżenie. Był żołnierzem, a żołnierze mają swoje rozkazy i nie mogą ich zlekceważyć.
– Tatuś jedzie do pracy. – powiedziała nagle trzymana na rękach Susan, patrząc na mamę i delikatnie się uśmiechając. Jeżeli dołożymy do tego jej piękne, zielone oczy, wraz z pomarańczową barwą włosów, to z pewnością zauważymy że dziewczynka rozkruszy w przyszłości wiele męskich, zlodowaciałych serc. Helen wytarła z policzka łzy i wzięła od męża córkę. Mocną ją przytuliła i ucałowała.
– Tak kochanie, tatuś jedzie do pracy – odrzekła łamanym głosem
– Tatusiu, kiedy wrócisz? – zapytała mała Susan i spojrzała na ojca.
– Nie wiem córeczko, nie mam pojęcia. Może na wiosnę? Lato? – powiedział niepewnie Thomas. Sam jednak nie wierzył w prawdziwość swoich słów. Helen również.
– Na wiosnę? To jak będzie ciepło? – powiedziała dziewczynka.
– Tak córeczko, jak wyjdzie piękne, cieplutkie słoneczko. Na pewno pójdziemy na lody. – odpowiedział Thomas, przytulając obie ukochane kobiety i coraz trudniej powstrzymując łzy.
– Truskawkowe? – zapytała Susan.
– Oczywiście, a ja cytrynowe! – powiedział ojciec, ściągając małej czapkę i mierzwiąc włosy.
W tej samej chwili rozległa się syrena, a syntetyczny głos z interkomów poinformował pozostających na stacji żołnierzy do udania się do wyznaczonych dla danej jednostki doków. Czas pożegnań dobiegł końca. W porcie momentalnie zawrzało. Płaczące żony, rozżalone dzieci i zagryzający zęby mężowie albo partnerzy. Po metalowej posadzce odbijało się wiele okutych butów, a od wschodniej strony dobiegał dźwięk co rusz otwierających się z głośnym sykiem automatycznych drzwi.
– Muszę iść. – powiedział Thomas, którego coraz trudniej było usłyszeć w całym tym harmidrze. – Żegnajcie, do zobaczenia. – powiedział, całując żonę i córkę w czoło.
– Thomas… – szlochała Helen.
– Papa tatusiu! Do zobaczenia! – krzyczała dziewczynka i dała ojcu maleńką, syntetyczną bransoletkę. – To dla Ciebie, żebyś o mnie nie zapomniał! – dodała Susan.
– Nie zapomnę kwiatuszku, nie zapomnę. – odpowiedział Thomas, chowając prezent do jednej z kieszeni munduru. – Widzisz? Tutaj będzie bezpieczny. Trzymaj się dzielnie Susan i do zobaczenia! – dodał po chwili, kładąc córce rękę na ramieniu i spoglądając na żonę. Wiedział jednak, że być może nie będzie ani żadnego później, ani żadnych kolejnych lodów truskawkowych. Nie w misjach zlecanych przez Przymierze Narodów Zjednoczonych, a zwłaszcza tych, które dotyczą kosmicznych placówek badawczych i dziwnych okoliczności im towarzyszących.
Jeszcze raz ucałował Helen i odszedł w kierunku doku numer 17. Idąc korytarzem przed siebie, kilka razy obejrzał się przez ramię, uśmiechając się do obu kobiet. Robił tak do momentu, aż zamknęła się za nim automatyczna śluza, przez którą wszedł do komory dezynfekującej. Razem z nim weszło jeszcze kilkunastu żołnierzy, którzy byli jego braćmi w broni, a on – Thomas Andersson – miał ich pod swoimi skrzydłami.
***
Kiedy tylko wrota doku portowego zamknęły się z cichym syknięciem, Andersson poczuł jak coś w nim pęka. Oczywiście, starał się tego nie okazywać, ale czuł, jak serce rozrywa mu klatkę piersiową. On sam natomiast najchętniej rzuciłby się w kąt i rozpłakał. Nienawidził pożegnań z Helen i Susan. Rozbrajały go. Jako dowódca potrafił wydawać rozkazy, które mogły decydować o życiu bądź śmierci, a jednak nie był w stanie normalnie rozstać się z rodziną. Wiele razy się nad tym zastanawiał, jednak za każdym razem profesjonalizm i męska duma przerzucały jego myśli gdzie indziej. Na zupełnie inne tory. Poczucie straty? Lęk przed nieznanym, albo wielkim, nieskończonym kosmosem? Beznadzieja? Dusząca bezsilność? Albo wszystko razem. Taka była właśnie mieszanka uczuciowa w jego wnętrzu. Mimo wszystko stał niewzruszony, a obok niego stali równie przejęci towarzysze. Dwunastu żołnierzy – apostołów ludzkiego porządku w znanej części kosmosu. Siły, które dbały o bezpieczeństwo maluczkich i niczym niezmącony spokój. Wybrani spośród najlepszych z najlepszych. To właśnie słynna drużyna komandora Anderssona. To właśnie oni wezmą udział w nadchodzących wydarzeniach, od których zależeć mogą losy wielu milionów istnień.
Po kilku chwilach otworzyły się wrota po drugiej stronie, a żołnierze przeszli do większego pomieszczenia, które stanowiło łącznik między dokiem, a ich statkiem. To właśnie tutaj magazynowane były zapasy, wyposażenie i broń, która transportowana była na pokład za pomocą specjalnie zaprogramowanych androidów. Kiedy Andersson przechodził koło nich, każdy cyborg zatrzymywał się, odkładał niesiony towar i pokracznie salutował. Thomas zawsze się na to uśmiechał i, całkiem poważnie, salutował jak nakazywał kodeks wojskowy. Razem z żołnierzami doszli do korytarza przeznaczonego dla ludzi. Weszli przez długi, szczelnie zabezpieczony kołnierz i dotarli do wrót statku. SSV Liberty, piękny okręt PNZ idealnie przystosowany do szybkich oraz dyskretnych zadań. Nowoczesne silniki, osłony, działa i sprzęt nawigacyjny był dumą Przymierza. Wiele z tych rzeczy było jeszcze prototypami, ale ktoś kiedyś musiał to przecież przetestować w warunkach polowych. Wejście na pokład otworzyło się niemal bezszelestnie, a cała trzynastka znalazła się w niewielkim pomieszczeniu, służącym do dekontaminacji.
Proces ten nie trwał długo. Kilka minut wystarczyło, aby Andersson, wraz ze swoim ludźmi, weszli na pokład SSV Liberty. Odkąd tylko komandor wszedł na pokład swojego statku, czuł, że coś jest nie tak. Po pierwsze, lotom rekonesansowym oraz misjom infiltracyjnym towarzyszył zawsze jedynie personel podstawowy. Teraz jednak mieli statek wypchany po brzegi całą masą jajogłowych, techników i specjalistów. Przyznane racje i wyposażenie również odbiegało od standardowego, a i sama misja była, wydawać by się mogło, skrzętnie utajniona. Nawet sam komandor nie wiedział wszystkiego i zadowolić musiał się jedynie szczątkowymi raportami i mało konkretnymi wytycznymi.
Przywitani przez cywilny personel krążownika, bezzwłocznie udali się do pokoju odpraw. W ciągu pół godziny, standardowego czasu ziemskiego, miało odbyć się bowiem holograficzne połączenie z dowództwem sił Przymierza Narodów. Odprawa miała na celu wprowadzić drużynę w szczegóły operacji i przekazać najważniejsze cele oraz wytyczne. Każdy z żołnierzy zajął wyznaczone dla niego miejsce, a u szczytu stołu zasiadł Andersson.
– Panowie – zaczął komandor, opierając obie ręce na blacie stołu i przyglądając się uważnie swoich żołnierzom. – Uspokójcie się i oszczędźcie mi takich numerów jak ostatnio, dobrze sierżancie Kovalsky? – wzrok kapitana utknął na jednym z podwładnych, który aż zaczerwienił się ze wstydu.
– Tak jest, komandorze – odpowiedział żołnierz, salutując i z trudem powstrzymując śmiech.
– Komandorze, czy znamy jakie szczegóły? Gdzie my w ogóle lecimy? – powiedział wysoki, śniady mężczyzna o złowrogim, ale profesjonalnym wyglądzie.
– Salvini, coś ty taki niecierpliwy? Spieszy ci się? Zaraz wszystkiego się dowiemy. – odpowiedział spokojnie Thomas, czekając na kolejne pytania. – Jeżeli to wszyscy, to prosimy cię Harper, dostrój to ustrojstwo. – komandor zwrócił się do swojego speca od techniki, który to od razu wstał i podszedł do konsoli hologramu. Pogrzebał chwilę przy konsoli, potencjometrach i wskaźnikach, dostroił parametry połączenia, po czym na specjalnym miejscu pojawiła się holograficzna postać admirała floty Przymierza Arthura O’Neila i majora wojsk kosmicznych Logana Sherwooda.
– Komandorze Andersson, panowie. – rozpoczął admirał, stojąc z rękami złożonymi za plecami. – Nie będę owijał w bawełnę i powiem to krótko. Misja jest cholernie ważna, cholernie trudna i nie bez przyczyny wybrałem was. Jesteście najlepsi. – kontynuował enigmatycznie, a w jego głosie słychać było pewność i stanowczość.
– Od pewnego czasu nie mamy łączności z naszą placówką badawczą dryfującą na orbicie Marsa. – odezwał się nagle Major Sherwood, spoglądając wprost na komandora Anderssona. – Nie byłoby w tym nic dziwnego, wiemy przecież jak trudna jest komunikacja w kosmosie. Problem jest jednak w tym, że wysłaliśmy już dwie ekipy zwiadowcze, ale żadna z nich nie wróciła, ani nie przekazała jakiegokolwiek raportu. Nie muszę dodawać, jak ważna jest to dla nas placówka. – powiedział major, spoglądając kątem oka na kogoś, kto znajdował się koło niego, a kogo nie uchwycił hologram.
– Wierzymy w was komandorze. Całe Przymierze na was liczy. Wszystkie informacje, które udało nam się zdobyć przesyłam na komputer pokładowy SSV Liberty i do twojego komputera personalnego. – powiedział admirał O’Neil, wystukując coś na klawiaturze swojego interfejsu.
– Admirale, majorze. – zaczął mówić komandor, wstając z krzesła. – Czym jest ta placówka i czego możemy się tam spodziewać?
– To standardowa stacja badawcza Przymierza, prowadzono tam badania z dziedziny genetyki, ksenobotaniki i inżynierii genetycznej. Wszystkie dane znajdą się w raporcie, który wam wysłałem – odpowiedział admirał
– Oczywiście. Tak jest, admirale. Czy placówka posiadała personel wojskowy, ochronę albo jakiekolwiek systemy obronne? – kontynuował pytania komandor.
– Tak, standardowy personel ochrony Przymierza i zautomatyzowany system obrony w postaci wieżyczek i dział krótkiego zasięgu. – powiedział tym razem major, również składając ręce za plecami. – Problem w tym, że nie możemy zsynchronizować się z ich systemem i odczytać raportów. Coś jest nie tak, coś jest bardzo nie tak. – dodał po chwili Sherwood, a jego głos delikatnie drgnął.
– Majorze, a ten cały tłum z nami? Czy jest niezbędny? Przecież misja jest ściśle tajna? – zapytał Andersson, mrużąc oczy, zastanawiając się jednocześnie nad przyczynami takiego stanu rzeczy.
– Komandorze, dowództwo sił kosmicznych Przymierza Narodów Zjednoczonych starannie dobrało personel potrzebny do wykonania zadania, a my nie mamy czasu do stracenia. Jeżeli więc to wszystkie pańskie pytania, to odprawa dobiegła końca. – powiedział admirał, dając tym samym do zrozumienia, że nie zamierza kontynuować rozmowy. – Przypominam jednak, że misja jest ściśle tajna, więc nie muszę przypominać, że sąd wojenny jest nie od parady. Wyłączyłem także wasze kanały informacyjne i ekstranetu. Do czasu zakończenia misji nie będą dostępne. O’Neil i Sherwood, bez odbioru. – zakończył przemowę admirał, salutując i wyłączając holograf. W Sali odpraw nastąpiła cisza. Każdy analizował te kilka informacji, które otrzymali i zastanawiał się jak przygotować się do takiej misji. Najgorzej miał chyba komandor Andersson, który bez jakichkolwiek konkretnych informacji, musiał zapewnić swoim ludziom plan działania i rozsądnie przeprowadzić całą akcję. Zebrał pośpiesznie swoje notatki, wstał z krzesła i zasuwając je, spojrzał w twarze swoich kompanów.
– Na Marsa dotrzemy za kilka godzin, macie więc czas na trening, symulacje, czyszczenie ogniw do karabinów, polerowanie pancerzy, sesję w ambulatorium albo na cokolwiek, co uznacie za przydatne. Wezwę was gdy przyjdzie na to pora. – powiedział łagodnym, acz stanowczym tonem. – Harper, Kovalsky, Salvini i Smith, w mojej kajucie za pół godziny. – spojrzał na swoich sierżantów i z każdym wymienił porozumiewawcze spojrzenie. – Dobra, ludziska, odmaszerować. Wiecie co macie robić. – zakończył spotkanie komandor, po czym wyszedł na zewnątrz i udał się prosto do swojej kajuty. Czekało na niego mnóstwo pracy i przygotowań.