Dziennik Skazańca, dzień 1, cz. II

Od kiedy wyjechaliśmy z miasta, wszystko było nie tak. Tak jakby coś chciało przeszkodzić nam w dotarciu do Doliny. Nam to nie przeszkadzało, ale strażnicy wydawali się strasznie poirytowani.
Najpierw, jakieś dwie albo trzy godziny drogi od Khorinis, zleciało nam koło od wozu. Oczywiście pech chciał, że odpadło to naprzeciwko mnie, a moja twarz zmuszona była przyjąć całą siłę uderzenia. Zęby były całe, ale potężny siniak dawał się we znaki jeszcze długo po tym zdarzeniu. Strażnicy w pocie czoła naprawili wóz i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Następną przeszkodą okazało się stado wygłodniałych wargów, które otoczyło nas w mgnieniu oka. Na szczęście bestie były zainteresowane wyłącznie uzbrojonymi strażnikami. Potyczka nie trwała długo, a jedyne co Will i ja mogliśmy w tej sytuacji zrobić to położyć się i schować w wozie. Całemu zamieszaniu towarzyszyły krzyki sędziego, który najwyraźniej poczuł się dowódcą i bez ogródek rzucał rozkazy swoim podwładnym. Sam oczywiście nawet nie kiwnął palcem. Po uporaniu się z problemem dzikich bestii, ruszyliśmy dalej.
Kiedy dotarliśmy do gospody było już dawno po południu. Jak zwykle o tej porze panował tam gwar i ruch. Okoliczni chłopi oraz myśliwi popijali zimne piwo zagryzając je pieczonym ścierwojadem, dywagując przy tym o zagrożeniach czyhających na polach, płaskowyżach i coraz wyższych cenach skupu zboża. Na miejscu było też kilku nowicjuszy z Klasztoru Magów Ognia, którzy sprzedawali karczmarzowi Orlanowi własnoręcznie wyprodukowane klasztorne wino.
Gdy eskortujący nas strażnicy weszli do środka, głosy zauważalnie przycichły. Każdy skupił się na swoim kuflu, kawałku mięsa i przestał komentować bieżącą sytuacje na wyspie. Uzupełnili zapasy wody, mięsa i ruszyliśmy dalej. Kiedy odjeżdżaliśmy, rzuciłem jeszcze spojrzeniem na siedzących na zewnątrz chłopów. U niektórych widziałem współczucie, u innych żal i smutek, a jeszcze inni zdawali się być zadowoleni swoim życiem – albo umiejętnie ukrywali wszelkie troski i problemy.
Kilka kolejnych godzin minęło w zupełnej ciszy. Jedyne odgłosy jakie nam towarzyszyło to śpiew ptaków, krakanie kruków, skrzeczenie ścierwojadów i pomrukiwania topielców. Im bliżej byliśmy bramy oddzielającą tą część wyspy od przełęczy, tym bardziej słyszalny był także szum rzeki oraz pobliskiego wodospadu. To były ostatnie chwile bez magicznej bariery nad głową – godzina, może dwie. Tyle zajmie nam dojechanie na skraj doliny.
Kiedy minęliśmy bramę, atmosfera nieco się zagęściła. Nie było słychać już zwierząt ani wody. Do naszych uszu docierał jedynie szum wiatru. Było to o tyle dziwne, że przełęcz również zamieszkiwana była przez miejscową faunę. Strażnicy wydawali się jednak tym nie przejmować, pewnie to dla nich nie pierwszyzna. Rozumiałem już dlaczego potrzebna była tak duża eskorta dla więźniów – mieliśmy przecież dotrzeć do Kolonii żywi, za wszelką cenę. Tylko co mogło nas tu spotkać? Jadąc dalej czułem coraz większy niepokój, a do moich uszy zaczęły dochodzić nieco stłumione pomrukiwania i warczenie. Obejrzałem się na tył naszego konwoju i ujrzałem na niedalekiej półce skalnej cztery zębacze. Momentalnie przeszły mnie dreszcze i zrobiło mi się gorąco. To nie może się udać pomyślałem. Jednocześnie usłyszałem kolejne odgłosy po naszej lewej stronie – obejrzałem się, a tam kolejne zębacze wraz z przywódcą stada. Nieco większy gad z jeszcze większą paszczą i kłami. Nie opuszczało mnie wrażenie, że one dopiero szykują się do ataku – jakbym je podświadomie wyczuł – a strażnicy zdawali się nie dostrzegać nadchodzącego zagrożenia. W pewnej chwili spojrzałem się ponownie na nasze tyły i dostrzegłem coś jeszcze. Cholera, to znowu on… pomyślałem. Tak, w oddali stała postać odziana w czarny płaszcz, dokładnie taki sam jak Will z mojego snu.
– Zębacze! Uważajcie! – krzyknąłem w nadziei, że strażnicy zdąża zareagować.
Strażnicy rozejrzeli się na boki, ale niestety było już za późno. Stwory zeskoczyły ze wzgórz i zaatakowały z całą siłą. Jedną grupą zajęło się trzech ludzi, a drugą pozostałych dwóch. Nasze konie, rżąc okrutnie, stanęły dęba, a woźnica nieskutecznie próbował je uspokoić. Jeden ze strażników nie miał tyle szczęścia i od razu padł martwy na ziemię z odgryzioną ręką. Okropny widok – do końca życia zapamiętam jego pełną bólu i zaskoczenia twarz. Strażnicy odpierali ataki mieczami i włóczniami, ale zębacze zdawały się nic sobie z tego nie robić. Zręcznie odskakiwały i unikały ciosów żelaznego oręża.
Nasz woźnica spiął wodze i popędziliśmy nad Dolinę. Pędziliśmy przed siebie na zabój, a ja uważnie przyglądałem się potyczce naszej eskorty z krwiożerczym stadem zębaczy. Marzyłem żeby te stwory nie zainteresowały się nami. Strażnicy, chyba Pablo i Peck, pokonali kilka z nich, a reszta stada uciekła. Tak samo z resztą jak Sędzia – nie było po nim śladu. Pozostawił swoich ludzi na pastwę tych monstrów. Reszta strażników nie miała tyle szczęścia i skończyła w kałużach krwi z odgryzionymi rękami, nogami oraz rozszarpanymi korpusami. Dzięki niech będą Innosowi! Nic nam nie jest! pomyślałem i zerknąłem na Willa. Był chyba tak samo przerażony i zaskoczony obrotem sytuacji jak ja.
W niecałą godzinę dojechaliśmy nad skraj Doliny. Niestety, pech nas nie opuszczał. Woźnica nie zauważył przed nami dużej koleiny i nie zdążył jej wyminąć. Koło i pół osi poszło w drzazgi, nasze konie zerwały się gnając przez siebie na oślep, a my wylecieliśmy z hukiem z wozu. Trzask, huk, ból, ciemność.
Kiedy się ocknąłem zobaczyłem leżącego koło mnie nieprzytomnego Willa, a obok roztrzaskanego wozu – martwego strażnika. Moja głowa i ramię pękało z bólu – złamane albo strzaskane. Rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem klucze do kajdanek przy pasie strażnika. Doczołgałem się do niego i oderwałem je. Od razu rozpiąłem kajdanki swoje i Willa. Zostało tylko przecięcie sznura wiążącego nogi. Tutaj też miałem szczęcie, ponieważ okucie jednego koła było pęknięte – użyłem go więc do rozcięcia więzów. I na tym chyba skończył się chwilowy łut szczęścia. Będąc na skraju Doliny, w pobliżu majestatycznej i ogromnej magicznej bariery, z pół przytomnym Willem – zobaczyłem je. Kilka zębaczy wraz z przywódcą stada. Powoli kroczące w naszym kierunku – pewnie i dostojnie. Musiał je zwabić zapach naszej krwi i hałas towarzyszący całemu wypadkowi. Zacząłem się cofać, aż znalazłem się na samym końcu przełęczy. Krew zamarzła w moich żyłach, a niedowierzanie mieszało się ze strachem i chęcią życia. Oko w oko ze śmiercią. Cóż było robić?
Zepchnąłem Willa, a potem sam wskoczyłem do Kolonii Karnej Khorinis. Ostatnią rzeczą jaką zobaczyłem była postać z mojego snu – krocząca zaraz za zębaczami.
Zrządzenie losu? Czy raczej jego uśmiech? Dożywotni więzień na własne życzenie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *