Dziennik Skazańca, dzień 1, cz. I

  Strażnicy przyszli po nas o świcie. Wyrwawszy nas z objęć snu, bez żadnych konwenansów zakuli nas w kajdany i ustawili twarzami do ściany. Było ich trzech, więc opór nie miał żadnego sensu. Odziani w strażnicze kolczugi i uzbrojeni po zęby stanowiliby nie lada wyzwanie nawet dla doświadczonego wojownika. Nasz los można było uznać za przypieczętowany.
  – A teraz, panowie, odprowadzimy was do waszego nowego domku! Praca czeka – roześmiał się jeden ze strażników zaciskając kajdanki na naszych nadgarstkach.
  – Pablo, trzeba im jeszcze przypomnieć o zasadach! – powiedział inny, po czym z całej siły uderzył mnie, a potem jeszcze Willa. Prosto w nerki. Ciemność momentalnie zalała moje oczy, a przenikliwy ból rzucił na kolana. Wszystko to w akompaniamencie śmiechów oddziału strażników miejskich. Podobny los spotkał mojego współwięźnia.
  – Spokojnie Peck, nie wal tak mocno. Nie zamierzam ich targać aż do samej doliny – dodał jeden ze strażników i pomógł mi wstać. – A teraz obaj marsz za nami. Przed nami kilkanaście godzin drogi. – powiedział i pchnął nas ku wyjściu.
  Powolnym krokiem wyszliśmy z więzienia, minęliśmy pokoje straży i wyszliśmy na dziedziniec koszar. Pierwsze co poczułem to powiew porannego wiatru. Chłodny, orzeźwiający, dający nadzieję – taki jak go zapamiętałem. Do tego mnogość dźwięków i głosów mieszkańców. Strasznie mi tego brakowało podczas kilkutygodniowej odsiadki, ale niestety nie dano mi czasu na nacieszenie się tą chwilą. Od razu wsadzili nas na wóz, związując dodatkowo nasze nogi sznurem. Ruszyliśmy w kierunku wschodniej bramy, mijając po drodze miejskie targowisko.
  Panowała tam istna wrzawa. Przekupki przekrzykiwały się w ustalaniu cen, kupcy zachwalali swoje towary, błazny i muzycy dawali swoje występy, a kurtyzany pięły się i wyprężały zachęcając sfrustrowanych oraz żądnych przygód mężczyzn. Kiedy przejeżdżaliśmy przez ten tłum ludzi, czułem na sobie setki spojrzeń. Gdy dotarliśmy na główny plac, zobaczyłem że nasza obstawa zwiększyła się o dodatkowe trzy osoby – sędziego na koniu wraz ze swoją strażą przyboczną. Ich eskorta była nieodzowna, gdyż prawo nakazywał , aby każdemu więźniowi odczytano wszystkie jego przewinienia. Nie było żadnego procesu, rozmów ani tłumaczenia. Jeżeli zostałeś oskarżony – lądowałeś w kopalni. Bez żadnych ceregieli i konwenansów.
  Strażnik Pablo zamienił kilka słów z Sędzią, po czym wrócił do nas i na jego wyraźny znak ruszyliśmy w dalszą drogę. Opuściliśmy miasto portowe udając się drogą poprzez lasy i wyżyny wyspy Khorinis, a w raz z nami perspektywa wielogodzinnej podróży.
  – I jak tam Will? Damy radę? – zapytałem mojego towarzysza cichym głosem, aby nie drażnić niepotrzebnie strażników. Spojrzałem też na jego oczy i zobaczyłem tam spokój oraz pewność siebie.
  – Na pewno, kto jak nie my – odpowiedział uśmiechając się szeroko – Ważne żebyśmy trzymali się razem, nie wiemy co nas tam czeka – dodał po chwili.
  Pomimo ładnej pogody i wszechobecnej ciszy, czułem że ktoś mnie obserwuje. W pewnym momencie odruchowo spojrzałem na jedno z mijanych wzniesień skalnych i ujrzałem tam postać. Miałem wrażenie, że patrzy tylko na mnie i obserwuje każdy mój ruch. Nie widziałem szczegółów, ale wiedziałem jedno.
  To był Will z mojego snu. Zapowiadał się długi dzień…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *