– Zobacz tam, widzisz ten wielki, rozłożysty dąb pośrodku tej polany? – szepnęła Silaqui, pokazując druidowi miejsce znajdujące się w dolinie poniżej ich jaskini.
– Dąb widzę, ale nic poza tym – odpowiedział Adraen, nie bardzo wiedząc co takiego dostrzegła łowczyni. Mrużył oczy, przypatrywał się, ale nie potrafił rozróżnić nic poza drzewami i krzewami.
– Druidzi nie mają sokolego wzroku? Nic z tych waszych przemian wam nie zostaje? – powiedziała kobieta, a widząc jego kwaśną minę, uśmiechnęła się tylko, klepiąc młodego Adraena po ramieniu. – Zaufaj mi i chodź za mną, zaraz rozwieję twoje wątpliwości. – dodała po chwili i ruszyła w kierunku wyjścia z jaskini.
Adraen nie mając na ten moment lepszego pomysłu, wzruszył ramionami i rozejrzał się po jaskini. Sprawdził naprędce czy wziął swoje rzeczy, po czym ruszył za Silaqui. Wyszli na zewnątrz, kierując swoje kroki na wschód w kierunku dość stromego podejścia. Obsypujące się kamienie nie pomagały Adraenowi we wspinaczce, jednak pomimo trudności udało mu się wejść na miejsce, które było punktem obserwacyjnym stacjonujących tutaj łowców.
Widok ze szczytu niewielkiego wzniesienia, zwanego potocznie Orlim Grzbietem, dawał stojącemu na nim przepiękny widok na całą dolinę, a nawet sięgał o wiele dalej, obejmując całą wschodnią cześć Doliny Elaeny. Kiedy tylko Adraen stanął przy krawędzi zbocza, poczuł orzeźwiający, chłodny wiatr, który huczał i sprawiał wrażenie, jakby chciał otulić ciało druida niczym całun. Zamknął oczy, starając się wsłuchać w głos wietrznego podmuchu, albo chociaż spróbować wyczuć jego esencję.
Druidzi potrafili bowiem odczuwać i niemal rozmawiać z otaczającymi ich żywiołami. Jako młody druid, Adraen nie miał zdolności swoich starszych braci, którzy nieraz potrafili tak bardzo zjednoczyć się z siłami natury, że sami przyjmowali ich postać. Ich ciała pozostawały na miejscu, jednak esencje dusz potrafiły płynąć razem z rzeką, przemierzać niebiosa wraz z ptactwem albo jako drzewa wypuszczać korzenie i czerpać moc, wchłaniając otaczającą ich siłę fauny i flory. Starsze opowieści mówią również o wielkich Arcydruidach, którzy na stale zjednoczyli się z naturą i w takiej postaci pozostali już na zawsze.
Adraen skupił w sobie całą swoją wolę i siłę, a po chwili stało się coś tak niespodziewanego, czego nie spodziewał się nawet on sam. Zerwał się silny podmuch wiatru, który poniósł duszę druida wprost w dolinę, między rozłożyste korony drzew i gałęzie. W jednej chwili zorientował się, że znalazł się w postaci małego skowronka, który wesoło skacząc na listowiu, przypatrywał się dość groźnie wyglądającym osobnikom. Oto przed nim szedł oddział, licząc na szybko około dwudziestu mężczyzn, zbrojnych wyposażonych w łuki, miecze, okute pałki i włócznie. Wyglądali tak, jakby kogoś szukali, a na ich czele stał postawny mężczyzna, którego Adraen rozpoznał po jednej chwili. Oszpecony przywódca leśnych łajdaków, którego dopiero co przegonili wraz z Silaqui spod karczemnych progów. Skowronek wesoło zaśpiewał, skacząc to na niższą, to na wyższą gałąź rozłożystego dębu. Pochmurnym bandziorom się to nie spodobało, więc próbowali obrzucić go kamieniami, jednak żadnemu z nich się to nie udało. Zrezygnowani machnęli rękoma i maszerowali dalej. Kolumna zbrojnych przeczesywała dolinę w jednym celu, jednak przeszukanie całego terenu z pewnością zajmie im trochę czasu. To dawało dwójce nowo poznanych towarzyszy możliwość bezpiecznego wydostana się z doliny.
W tej samej chwili Adraen ocknął się na szczycie wzgórza i uklęknął na jedno kolano. Cała ta sytuacja zadziała się tak szybko, że stracił równowagę i spadłby, gdyby nie refleks Silaqui. Doskoczyła do niego w mgnieniu oka i przytrzymała go, ratując od niechybnego upadku.
– To co druidzie, jesteśmy kwita? – powiedziała dziarskim głosem, uśmiechając się przy tym od ucha do ucha.
– Tak, chyba tak. Dziękuję – odpowiedział niepewnie Adraen, usiadłszy na wygładzonym kamieniu, chwiejąc się i trzymając się za głowę. – To było… niezwykłe doświadczenie – dodał po chwili, dysząc z wyczerpania.
– Nie potrzebujesz wody? – zapytała z nieukrywaną troską Silaqui. – Co się właściwie wydarzyło?
– Sam nie wiem, albo wiem. Nie, nie wiem. A może wiem? – mówił jakby do siebie, a jego wzrok był mętny. Wydawało mu się, że zaraz albo zemdleje, albo zwymiotuje.
– Na pewno? – dopytywała łowczyni.
– Tak, na pewno. Chodźmy już, nie mamy wiele czasu. Oni są już niedaleko. – powiedział po dłuższej chwili Adraen, wstając na równe nogi jakby nigdy nic. – Już mi lepiej, naprawdę.
– Zaraz, a skąd Ty wiesz gdzie oni są? – powiedziała Silaqui, zasępiając się i uważnie wpatrując w Adraena. – Przecież mówiłeś mi, że ich nie widzisz? – dodała, opierając ręce o biodra.
– Widziałem ich. – odpowiedział enigmatycznie Adraen, wpatrując się wprost w ciemnobrązowe oczy łowczyni. Teraz dopiero zdał sobie sprawę, że widzi w nich cień zdziwienia, ale też podziwu. – Chodźmy, opowiem Ci po drodze. – Dodał, zaciągając kaptur na głowę.
– Skrywasz wiele tajemnic druidzie, tego jestem pewna. Młody i narwany, a jednak sporo ma za uszami. -Dodała, również naciągając kaptur i poprawiając poły płaszcza. – Ruszajmy, tędy. Pokażę Ci drogę. – powiedziała, wskazując ręką drogę w kierunku skalnego przejścia, między dwoma najwyższymi wzgórzami.
Droga była kręta, kamienista i wąska. Silaqui doskonale jednak orientowała się w terenie i po kilku godzinach znaleźli się w lesie, zostawiając bandytów daleko w tyle. Jej skrót dał im tak dużą przewagę, że nie musieli obawiać się pościgiem. Kiedy tylko znaleźli się pośród drzew i leśnych dróżek, łowczyni zwolniła tępa, zerkając na wciąż zamyślonego Adraena.
– Dokąd teraz druidzie? Jesteśmy w głuszy, z dala od cywilizacji i nikt nas tu nie znajdzie. Co ci się śniło w jaskini? – zapytała, odgarniając włosy z twarzy i związując je skórzanym rzemieniem.
– To był… koszmar. Straszny. – odpowiedział Adraen niepewnie, zerkając to na Silaqui, to na drogę przed sobą. – Stałem przed jaskinią, słyszałem szepty, a kiedy tam wszedłem… Tak, wszedłem. Ciekawość wzięła górę… widzisz, to nie pierwszy taki sen. – dodał, ściskając swój kostur tak mocno, że kostki na dłoniach niemal wyskoczyły na zewnątrz.
– Spokojnie Adraen, mamy czas. – powiedziała Silaqui, a jej głos wskazywał na autentyczną troskę.
– W tej jaskini – kontynuował Adraen, nie zwracając uwagi na słowa towarzyszki – pełno było kości i szczątków, chyba ludzi, sam nie wiem. Byłaś też ty… martwa – powiedział lekko drżącym głosem, obracając głowę i patrząc na Silaqui, jak gdyby chciał zobaczyć w niej postać z nocnej mary, jednak nic takiego się nie stało. Koło niego szła dalej ta sama kobieta, którą dopiero co przecież poznał.
Łowczyni odwróciła głowę, a jej wzrok spoczął na leśnym szlaku prowadzącym dalej w głąb puszczy. Nikt nic nie mówił, aż do późnego popołudnia, kiedy to zatrzymali się przy płynącej tutaj rzece, gdzie napełnili bukłaki i dali odpocząć zmęczonym nogom i umysłom. Woda była zimna i krystalicznie czysta, co było swego rodzaju ewenementem. Tylko dolina Elaeny mogła poszczycić się takim osiągnięciem. Większa część kontynentu skażona była działalnością człowieka i coraz bardziej rozwijającym się przemysłem, budowanymi manufakturami oraz agresywną polityką ekspansywną. Wiele gatunków zwierząt i stworzeń leśnych, ale także Elfowie, leśne Driady, Enty, a nawet druidzi i łowcy spychani byli coraz bardziej w kierunku morza. Być może nadejdzie czas, gdzie to człowiek zapanuje nad znanym im światem, w którym nie będzie miejsca dla nikogo innego. Wypadkową takiego działania jest na przykład ów niesympatyczny oddział zbrojnych, żelazną pięścią przeczesujący każdy metr lasu i połać łąki w poszukiwaniu dwóch osób, którzy po prostu nie chcieli być pomiatani i traktowani przedmiotowo. Ot dama w opresji i rycerz na koniu. Jak w starych podaniach i baśniach. Niegdyś obiekty westchnień i wzruszenia, teraz czynniki niepożądane i tępione. Oboje zdawali sobie z tego sprawę, toteż z przyjemnością korzystali z chwili spokoju i odpoczynku. Następnych parę godzin minęło na rozmowach o codzienności, opowiadaniu zasłyszanych historii i kilku niewybrednych żartach.
Wieczór nadszedł powoli, ospale. Jak gdyby dzień nie chciał przerywać dwójce wędrowców ich chwili wytchnienia. Silaqui leżąc leniwie na małej, ukwieconej polanie, otworzyła nagle oczy, wstała i rozejrzała się po okolicy, uważnie nasłuchując. Rzeka niestrudzenie przelewała swoje wody, lecz poza tym w miejscu tym panował głucha cisza. Nie słyszała ani szumu drzew, ani odgłosów zwierząt. Powoli podeszła do miejsca, w którym zostawiła łuk z kołczanem i sięgnęła po nie. W tym czasie Adraen, który siedział na kamieniu na środku rzeki, widząc dziwne zachowanie towarzyszki, stanął na równe nogi i wpatrywał się w miejsce, które Silaqui wskazała mu skinieniem głowy.
Dokładnie w tym momencie to poczuł. Jak grom z jasnego nieba, uderzyła go mroczna energia, która przepchnęła go na drugi brzeg rzeki. Do łowczyni wybiegły w tym czasie trzy potężne, czarne wilki, wyjące przeraźliwym głosem, szczerzące swoje ogromne bielące się w zachodzącym słońcu kły. Nie były to jednak zwykłe kundle, ale o wiele większe ogary, którym upiornego charakteru dodawały wściekle czerwone oczy. Z ich karków i pleców wyrastały rogi, a pazury zakrzywione były niczym u orłów. Diabelnie szybkie, zaatakowały od razu. Silaqui jednak nie pozostała dłużna. Z równie zwinną gracją uniknęła szarży i wystrzeliła ku jednemu z nich strzałę, celując w głowę. Ta jednak chybiła, wbijając się w pobliżu grzbietu. Bestia zawyła, ale nie upadła. Napędza bólem zaatakowała jeszcze bardziej zajadle. Łowczyni unikała ciosów potężnych łap, ale w pewnym momencie jedna z nich trafiła. Kobieta poczuła piekący ból na ramieniu, co znacznie spowolniło jej ruchy. Jeden z wilków rzucił się na nią i już miał ją ugryźć wielkim obślinionym pyskiem, lecz w tym samym momencie jeden z korzeni drzew rosnących przy rzece, oplątał się wokół ciała zwierzęcia i trzymając go w tytanicznym uścisku, rzucił daleko za plecami Silaqui.
Adraen, który nie przypatrywał się bezczynnie, skakał po kamieniach na rzece mówiąc słowa druidzkich zaklęć. Kiedy skoczył na brzeg, zaraz obok łowczyni, przybrał postać niedźwiedzia i wymachiwał potężnymi łapami, próbując odganiać natarczywe bestie. Moment ten wykorzystała Silaqui, która napięła łuk i wystrzeliła jedną strzałę po drugiej, dwukrotnie trafiając jednego wilka w głowę. Bestia padła bez ruchu. Ostatni z nich nie odpuścił, lecz dalej zajadle atakował, skacząc między niedźwiedziem, a kobietą. Walka trwała długo, lecz w pewnym momencie Adraen dobrze wyczuł napastnika i parując jeden z ciosów łapą, odskoczył i całym swoim cielskiem przygniótł wilka do ziemi, a Silaqui zatopiła w jego głowie ostrze swojego miecza.
Zaraz po tym Adraen wrócił do ludzkiej postaci i, ciężko dysząc, usiadł z Silaqui na ziemi w cieniu potężnych, rozłożystych dębów.
– To ci niespodzianka – wysapał Adraen, sięgając po bukłak z wodą i biorąc potężny łyk. – Siedzisz sobie spokojnie i pluskasz się w wodzie, a w kolejnej sekundzie zagryzają cię krwiożercze ogary, rodem z otchłani. – dodał po chwili, opierając głowę o pień drzewa.
– Nigdy czegoś takiego nie widziałam, ale chyba znowu jestem ci winna przysługę. Uratowałeś mnie po raz drugi, chociaż nie ukrywam, długo się zbierałeś – powiedziała Silaqui, klepiąc Adraena po ramieniu, zaraz po tym łapiąc się w miejscu, które dosięgnęła łapa czarnego wilka. – Cholerne bestie, co to było? – zaklęła siarczyście kobieta.
– Nie mam pojęcia, ale zaraz przed atakiem wyczułem złą energię, bardzo mroczną. Taką samą, która przenika do moich snów i pokazuje te tragiczne obrazy. – odpowiedział Adraen, czując jak pęka mu głowa. – To właśnie ona zepchnęła mnie z tego kamienia i rzuciła na drugi brzeg rzeki, zanim się ocknąłem i zareagowałem… minęło trochę czasu. – dodał po chwili, próbując rozmasować sobie obolałą głowę.
Silaqui zajęła się opatrywaniem rany, która szczerze powiedziawszy, wyglądała, jakby ktoś przypiekał ją żywym ogniem. Druid pomógł jej jednak, znajdując odpowiednie zioła i wymawiając słowa jednego ze znanych druidzkich zaklęć leczniczych. Po tym zabiegu rana została zagojona, ale pozostała paskudna blizna.
– Nie rozumiem, powinno się w pełni zagoić… – zafrasował się Adraen, szukając kolejnych olejów i past w swojej torbie.
– To nie były zwykłe wilki. – odpowiedziała Silaqui. – Nie dziw się więc, że rana jest nietypowa. Być może twoja magia nie działa na tak mroczną energię? – powiedziała, zasłaniając bliznę rękawem skórzni, sycząc delikatnie z bólu.
– Musimy ruszać, nie możemy czekać ani chwili dłużej. Tak potężna energia pozostawia w naturze ślad, który jestem w stanie wyczuć nawet teraz. Swoisty smród mrocznej magii, ciągnący się jak zapach z wioskowej garbarni. – powiedział Adraen, biorąc kostur i przewieszając torbę przez ramię. – Możesz iść normalnie? – dodał, spoglądając na pakującą się łowczynię.
– Jak nigdy do tej pory, ruszajmy. Teraz ty będziesz przewodnikiem. Druidzi przodem. – uśmiechnęła się Silaqui, cały czas jednak czując ból w ramieniu, który pomimo leśnej magii, nie został w pełni uśmierzony.
Ruszyli więc przed siebie, kierując się na wschód, a Adraen wiedział, że cel jego podróży jest coraz bliżej.