Kraina, w której zaległy cienie, cz. II

To nie była dobra noc. Jego sny spowite były niespokojne, jakby tym samym który okalał miasto, a głowa wydawała się dużo cięższa i zmęczona niż w dzień poprzedni. To nie był normalny stan, a Eldgar doskonale to wyczuwał. Nawet poranne modły sprawiały mu trudność, nie mówiąc już o koncentracji i skupieniu. Przed wyjściem spakował także kilka swoich rzeczy i przywdział pełen rynsztunek – kolczugę z tabardem, tarczę oraz miecz. Schodząc na dół, czuł jak wszystko mu ciąży a nogi robią się jak z waty. Główna karczemna izba była o tej porze pusta, jedynie karczmarz krzątał się i przygotowywał wszystko na kolejnych klientów. Eldgar poprosiwszy o kubek wody i jakąś strawę, pospiesznie zjadł i udał się na główny plac miejski.
Powolnie, z ostrożnością ruszył w kierunku świątyni, która znajdowała się zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, na drugim końcu miejskiego targowiska. Eldgar czuł, jak ogarniało go zmęczenie i niechęć, jednak starał się wykrzesać z siebie tyle sił ile tylko był w stanie. W końcu, po prawie pół godziny, doszedł do drzwi świątyni. Był zlany potem, wyczerpany, jakby biegał dookoła miasta w pełnym rynsztunku. Podchodząc do budynku, oparł się na chwilę i odetchnął. Cholera jasna, coś tu jest bardzo nie tak. Nic dziwnego, że wszyscy tu kręcą się jak zbite psy – pomyślał, przecierając czoło kawałkiem tkaniny. Poprawił pasy, miecz i pociągnął za potężne, mosiężne wrota prowadzące do przedsionka i dalej do nawy głównej.
Wnętrze świątyni pogrążone było w ciszy i półmroku. Nie płonęły ani świece, ani kandelabry, a światło dostawało się środka jedynie poprzez majestatycznie wielkie i kolorowe witraże. Eldgar przyklęknął, wpatrzony w Ołtarz Niebios, jednak tym razem nie odczuwał towarzyszącej mu obecności boskiej mocy. Nie umknęło to jego uwadze, więc od razu poruszał się z dużo większą czujnością. Rękę odruchowo położył na rękojeści miecza, będąc gotowym na każdą ewentualność. Powolnym krokiem ruszył w kierunku ołtarza i umiejscowionych obok niego wejść do pomieszczeń Niebiańskich Kapłanów.
Kiedy doszedł do Ołtarza, z jednego z pomieszczeń wyszedł Kapłan. Na widok paladyna zatrzymał się zdziwiony, jednak po chwili na jego twarzy zagościł uśmiech i z otwartymi ramionami podszedł do wojownika.
– Witaj Bracie, niech łaska Niebios będzie z tobą. – powiedział ciepłym, spokojnym głosem brat Greamdan.
– Witaj. – odpowiedział chłodno Eldgar, przyglądając się badawczo kapłanowi. – Ty pewnie jesteś brat Greamdan, mam rację? – dodał po chwili, luzując nieco uścisk na rękojeści miecza.
– Czymże zawdzięczam twoją wizytę Tarczowniku? Nie widziałem cię tutaj wcześniej. – zapytał Greamdan, składając ręce za plecami.
– Dopiero przybyłem, jestem w trakcie pielgrzymki. – odrzekł Eldgar, rozglądając się po wnętrzu świątyni.
– Piękna, prawda? – powiedział kapłan, również zerkając na malowidła i sklepienie budowli. – Nigdy nie przypuszczałem, że będzie aż taka piękna. Kiedy tu podróżowałem, myślałem że spotkam ociekające złotem ściany i tandetę. – odrzekł, głęboko wzdychając.
– Coś dziwnego dzieje się z miastem. – odrzekł Eldgar, czując jak uginają się pod nim kolana, a twarz zalewa fala gorąca. – Coś jest, bardzo nie tak. – wysapał, opierając się ręką o jedną z ław świątynnych.
– Dziwnego? – odpowiedział Greamdan, a na jego ustach pojawił się szelmowski uśmieszek. – Co masz na myśli paladynie? – dodał.
– Nie wiem, ale czuję się… czuję się dziwnie. – powiedział Eldgar, z trudem łapiąc oddech i składając słowa. Po chwili osunął się na kolana, wyciągając rękę w kierunku kapłana. Ten jednak stał niewzruszony.
Ostatnie co zapamiętał, to uśmiechnięty wyraz twarzy Greamdana i jego nienaturalnie płonące na czerwono oczy. Ciemność okryła wzrok Eldgara i kompletnie zaburzyła poczucie czasu i odczuwanie jakichkolwiek bodźców. Wiedział, że nie umarł, że stracił tylko przytomność. Jego świadomość utrzymała się w mroku, jednak paladyn nie był w stanie nic zrobić. Co jakiś czas widział ciemną łunę, położoną gdzieś za horyzontem ogarniającej go nicości. Kiedy jednak próbował tam podejść, ta znikała i pojawiała się w zupełnie innymi miejscu. Nagle, w jednej chwili, poczuł jakby spadał w bezdenną przepaść. W panice czuł, że krzyczy, jednak nie dochodziły do niego żadne dźwięki.
Obudził się w zimnej, zawilgoconej celi bez okien. Nie wiedział pojęcia która jest godzina, ani jaka jest pora dnia. Leżał na posadzce w pozycji embrionalnej i czuł, że bolą chyba wszystkie możliwe kości. Co ciekawe, miał na sobie kolczugę, która została mu z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu zostawiona.
Rozejrzał się błędnym wzrokiem po celi i dostrzegł, że oprócz niego znajduje się tutaj także kilka innych osób, głównie mężczyzn. Dwóch z nich miało na sobie kapłańskie tuniki, więc Eldgar domyślił się, że są to dwaj kapłani z tego miasta. Obaj ledwo żyli. Żadna z tych osób nie zwróciła się jednak do paladyna. Wydawali się go nie dostrzegać. Niebiosom niech będą dzięki, chyba tylko ja się ocknąłem pomyślał i z wielkim wysiłkiem spróbował wstać. Oparł się o ścianę i starał się przyzwyczaić do panującego w tym miejscu niczym nieoświetlonego mroku.
Od pogrążonego w ciemnościach korytarza odgradzała go żelazna krata. Podszedł do niej, dotknął, jednak nie wyczuł żadnych specjalnych zaklęć. Szarpnął, lecz pręty nie puściły. Eldgar cofnął się na kilka kroków i złączył dłonie, przyjmując modlitewną postawę. Cicho, z wysiłkiem, ale też z wielkim sercem zaczął inkantować słowa Niebiańskiego Psalmu, prosząc bóstwa światłości o pomoc i interwencję. Kiedy tylko wypowiadał pierwsze zdania modlitwy, w jego głowie odezwał się niski, gardłowy głos. Przestań, zamknij się śmieciu! usłyszał Eldgar, co wybiło go z modlitwy. Zaraz jednak wrócił do recytacji, a tajemniczy głos stawał się coraz bardziej nachalny. Powiedziałem zamilcz! Nie ośmieszaj się tymi wierszykami! rezonowały słowa w jego myślach, starając się przeszkodzić mu i zniechęcić do jakiegokolwiek oporu. Paladyn stał jednak nieugięty, czując jednocześnie jak mroczne siły próbują przejąć nad nim kontrolę.
Nie masz szans! Nie ma tu Światłości! Zamknij ryj psi synu! Nie pokonasz nas! Rozbrzmiewały obelgi w jego głowie, zamilkły jednak w momencie gdy Eldgar skończył recytować psalm. Jego skupienie i koncentracja wróciło, a zmysły wyostrzyły się. W mroku korytarza dostrzegł idące ku niemu dwóch mężczyzn, uzbrojonych w miecze i odzianych w długie kolczugi. Wiedział, że jeszcze go nie dostrzegli, więc postanowił wykorzystać tą sytuację i schował się pomiędzy innymi więźniami. Wojownicy zatrzymali się kilka metrów przed celą, a jeden z nich, wyciągnąwszy spory pęk kluczy otworzył kraty i wszedł do środka. Paladyn tylko na to czekał. Zerwał się na równe nogi i staranował mężczyzna, który zaskoczony nie miał jak się obronić. Bez tchu padł na kamienną posadzkę. Eldgar szybkim ruchem podniósł jego miecz i rzucił się na kolejnego napastnika. Ten, równie zaskoczony, nieskutecznie próbował bronić się przed ciosami wyszkolonego Tarczownika. Padł śmiertelnie ranny równie szybko jak jego towarzysz.
– Wrócę po was, obiecuję. Wyplenię tylko zło czające się w tym świętym przybytku! Zamknę kraty, żeby nic was nie dorwało. – krzyknął Eldgar, po czym zamknął kraty i schował klucze za pas.
Szybkim krokiem udał się w głąb korytarza, próbując nie wpaść w mroku na jakieś drzwi albo ścianę. W pewnym momencie zauważył drzwi, spod których wydobywała się świetlista łuna. Próbował nasłuchiwać, jednak z wnętrza nie wydobywał się żaden głos. Ścisnąwszy dłoń na rękojeści miecz, wpadł do pomieszczenia z wielkim impetem. Tak jak się spodziewał, było ono puste, a do tego oświetlone na wpół wypalonymi pochodniami. Znajdowały się tam różne skrzynie, pakunki i zakurzone meble. Na jednym z nim leżały rzeczy Eldgara, a wśród nich jego tarcza i broń. Wziął także jedną z pochodni i udał się dalej przed siebie, starając się znaleźć wyjście z podziemi. Ku jego zaskoczeniu, natrafił na schody prowadzące w górę i kolejny układ wąskich korytarzy, który do złudzenia przypominały mu świątynne katakumby. Przypomniał sobie jak wiele razy przebywał w podobnych miejscach, więc bez trudu znalazł przejście na wyższy poziom.
Odchylił ciężko, drewnianą klapę i wychodząc na górę, znalazł się w jednej z bocznych kaplic bazyliki. Niewielkie, zdobione malowidłami naściennymi półkoliste pomieszczenie wypełnione było po brzegi stertami śmieci, płócien, drewnianych przedmiotów i mebli. Eldgar dojrzał tam także stosy dewocjonaliów, świętych ksiąg i symboli, co jeszcze bardziej wzbudziło w nim święty gniew. Podszedł do okutych drzwi kaplicy i delikatnie je uchyliwszy, rozejrzał się dookoła. W tej samej chwili, jakaś potężna siła chwyciła go i rzuciła na przeciwną stronę, co dawało kilka ładnych metrów. Paladyn upadł z hukiem na posadzkę, trudem łapiąc powietrze w płuca. Udało mu się jednak wstać i dostrzegł, że zmierza ku niemy czterech ludzi, uzbrojonych tak samo jak więzienni strażnicy.
– Nie wiem jak udało ci się wydostać śmieciu, ale zapłacisz mi za to! Brać go! – rozległ się niski, basowy głos, wydostający się z ust Greamdana. Z pewnością nie należał do niego, a w uszach Eldgara brzmiał jak skowyt potępionych.
Paladyn pewnie ścisnął rękojeść miecz i poprawił uchwyt na tarczy. Ocenił odległość od zbrojnych i z okrzykiem na ustach zaszarżował. Pierwszy, zupełnie zaskoczony zbrojny, upadł staranowany przed Eldgara, natomiast drugi nawet nie zdążył zorientować się z której strony nadejdzie cios. Klinga wbiła się w tors żołnierza, a ten bezgłośnie osunął się na ziemię. Szybki blok tarczą i cięcie od dołu. Kolejny wytrącony z równowagi zbrojny upada z rozcięciem sięgającym pachwiny i uda. Czwarty zawahał się, co skończyło się dla niego tragicznie. Paladyn szybko zmniejszył dystans i wybił mu tarczą miecz z ręki. Błyskawiczny wymach, skutkiem którego głowa napastnika potoczyła się po posadzce. Do nawy głównej wbiegło jeszcze dwóch innych żołnierzy uzbrojonych w kusze, od razu oddając strzał. Pierwszy był niecelny, drugi trafił Eldgara w ramię. Potworny ból sprawił, że paladyn krzyknął, jednak nie zaprzestał szarży. Z modlitwą na ustach dobiegł do kuszników, którzy nie byli przygotowani na taki obrót spraw, a przeładowanie kuszy trwało zbyt długo. Obaj osunęli się martwi na podłogę.
Kapłan Greamdan widząc, że potyczka nie idzie po jego myśli, posunął się bo najbardziej plugawej domeny magii. Wzbił się na kilka metrów nad ziemię, poświęcając swoje ciało i pozwalając władającemu nim demonowi zamanifestować swoją prawdziwą postać. Jego mięśnie powiększyły się, z głowy wyrosły cztery rogi, a z palców rąk i nóg wyrosły potężne szpony. Jego twarz natomiast, zmieniła się piekielne lico o czarnych ślepiach i tysiącu ostrych jak brzytwa kłów.
– Koniec zabawy rycerzyku. Teraz umrzesz! – wykrzyczał demon i rzucił się na Eldgara, który od próbował osłonic się tarczą.
Demon wpadł w niego z impetem, przewracając i rozszarpując jego kolczugę. Nie zadał mu jednak poważnych ran. Eldgar, leżąc, zablokował tarczą potężny cios i wstał na równe nogi, próbując ciąć demona na wysokości uda. Nieskutecznie, ale nie ustępował. Wymieniali cios za ciosem przez długi czas, aż udało się paladynowi rozciąć skórę na torsie demona. Ten zawył przeraźliwie i zaczął walczyć jeszcze bardziej zajadle. Będąc przekonanym o swojej niezwyciężonej potędze, popełniał błąd za błędem, aż Eldgar znalazł lukę w jego obronie. Parowanie, blok, cięcie i riposta. Błogosławione ostrze paladyna przebiło tors pomiotu na wylot. Poczwara, w akcie rozpaczy, próbowała zaatakować Eldgara szponami, jednak paladyn wydawał się być poza zasięgiem. Kilka chwil i demon osunął się na posadzkę. W tej samej chwili jego ciało zajęło się ogniem, pozostawiając po sobie czarny jak smoła popiół.
Eldgar usiadł na najbliższej ławce i ściągając kolczy czepiec, głęboko odetchnął. W duchu dziękował Niebiosom za ratunek i pomoc, jednak nie bardzo wiedział jak wytłumaczy to wszystko miejscowym rajcom i straży. Sprawy potoczyły się dość szybko, a nie licząc czarnej kupki popiołu, nie miał za wiele dowodów. W tej samej chwili przypomniał sobie nagle o uwięzionych w katakumbach ludziach i czym prędzej pobiegł sprawdzić ich stan.
Tak jak spodziewał, kiedy tylko demon został pokonany, wszyscy odzyskali świadomość i siły witalne. Upewnił się, że nic im nie grozi i pomówił chwilę z Wielebnym Athelstarem, który z wdzięczności i radości nie chciał wypuścić paladyna z objęć. W końcu jednak wszyscy więźniowi udali się z Eldgarem na górę, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie minęło wiele czasu, jak do świątyni zbiegli się, zaalarmowani przez mieszkańców, strażnicy miejscy. Z niedowierzaniem przywitali Wielebnego, kapłana Faestoriana oraz innych, zaginionych ludzi. Radościom, śmiechom i żartom nie było końca. Żaden z obecnych nie zwrócił już uwagi na przemykającego bocznymi ulicami paladyna.
Paladyn Eldgar spakował swoje rzeczy, zostawił karczmarzowi kilka sztuk złota, płacąc za wikt, po czym dosiadłszy swojego konia, udał się dalej w podróż. Jego pielgrzymka dopiero się zaczęła, a już wiedział, że będzie miał pełne ręce roboty. Przejechał przez północną bramę, nie nagabywany już więcej przez strażników. Spękana tarcza na plecach, miecz przy boku, oczy wpatrzone w dal. Tak, to będzie naprawdę, długa zima pomyślał i spiąwszy wodze, ruszył dalej w głąb Północnych Rubieży.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *