(Prolog) Hedgar, Tarczownik Brata Adalberta

Na święty płomień tarczy Adalberta,
Na jasne oblicze brata naszego,
Niech ciemności znikną bez słowa,
A mrok śmierci w czeluści niechaj się schowa.

  Tymi słowami Hedgar zakończył słowa modlitwy i wezwanie świętego płomienia Brata Adalberta. W jednej chwili tarcza kapłana rozświetliła się jasnym, o ciepłej barwie, światłem. Bez przeszkód mógł więc zejść do kamiennej krypty, którą zobowiązał się oczyścić w imię Światłości. Długie, zimne, kamienne schody prowadziły w nieprzeniknioną ciemność, a z dołu wydawał się zionąć odór zła, śmierci i mrocznej magii. Hedgar wiedział, że zaniepokojeni mieszkańcy osady Gaard nie dadzą rady sami pozbyć się tego zagrożenia, toteż z nadzieją i odwagą w sercu ruszył w głąb grobowca.
Prowadzony światłem Wezwania, zszedł kilkanaście stopni w dół i znalazł się w niewielkiej kamiennej sali. Na jej ścianach znajdowały się wgłębienia, w których spoczywać powinni zmarli z okolicznych wsi i osad. Mroźny klimat krainy Nǿrgengaard skutecznie zapobiegał rozkładowi, więc nic nie powinno przerwać tego wiecznego spoczynku. Tutaj jednak coś było nie tak. Gdy tylko Hedgar wszedł do tej komnaty, wyczuł że miejsce to jest przesiąknięte mroczną mocą, która w jakiś sposób przerwała granice świata żywych i zmarłych. Na tarczę Adalberta, nikt nie powinien zakłócać wiecznej wędrówki zmarłych powiedział szeptem kapłan i odczepiając swój korbacz od paska, ruszył przed siebie.
Idąc długim korytarzem, mijał kolejne puste groby i miejsca spoczynku zmarłych. Chłód był coraz bardziej dotkliwy, a z ust Hedgara wydobywały się duże obłoki pary. Stalowa, trójkątna tarcza zaczęła pokrywać się szronem, a łańcuch korbacza przymarzał, co też uniemożliwiało korzystanie z niego. Coś usilnie chciało odstraszyć z tego miejsca każdego intruza, który śmiał wtargnąć w to miejsce. Zgrzytając zębami i próbując skupić myśli na modlitwie, kapłan wypowiedział słowa kolejnego Wezwania:

Śmierci szpony ostre i duszę przeszywające,
Niech Święty Płomień Brata Adalberta zniweczy,
Niech Jasność zagości w naszym ciele
I od mroków zła i śmierci duszę mą uleczy.

Słowa te wypowiedziawszy, Hedgar uniósł wzrok do góry i rozłożył ręce. W jednej chwili uczucie chłodu i mroźnego dotyku śmierci opuściło Kapłana oraz wydawać by się mogło dużą część tego miejsca. Zło straciło panowanie nad jakąś częścią krypty, co od razu spotkało się z reakcją mrocznych sił. Kiedy Hedgar ruszył dalej w głąb krypty, na jego drodze wyrosły dwa, uzbrojone w zardzewiałe topory, szkielety. Pojawiły się znikąd, jakby w jednej chwili wyrosły spod ziemi. Dla kapłana nie było to jednak żadne wyzwanie. Dobył korbacza i silnym szarpnięciem roztrzaskał jednego z oponentów. Drugi nieumarły próbował zaatakować toporem, jednak jego cios został skutecznie zablokowany stalową tarczą. Bijące z niej światło odrzuciło szkielet, który roztrzaskał się o najbliższą ścianę. Niech Brat Adalbert weźmie twą duszę i na wieki będzie Twoją tarczą powiedział Hedgar i w powietrzu wykonał znak błogosławieństwa, uderzając jednocześnie korbaczem w tarczę. Nie oglądając się za siebie ruszył dalej i znalazł się w pomieszczeniu, skąd rozchodziły się trzy korytarze. Jeden z nich był zablokowany kamiennym zawaliskiem, więc do sprawdzenia zostały tylko dwa. Kapłan ruszył drogą na prawo i dosłownie po kilku chwilach znalazł się w większej komnacie grobowej, na ścianach której znajdowały się dziesiątki miejsc pochówku. Większość z nich, podobnie jak w pierwszej komorze, była pusta. Poprawiwszy chwyt na tarczy i korbacz w dłoni, Hedgar ruszył przed siebie.
Kiedy znalazł się na środku sali, zmaterializowało się dookoła niego kilkunastu paskudnych ożywieńców – uzbrojonych po zęby szkieletów oraz zombie. Sytuacja wydawała się być bez wyjścia, ale Hedgar wiedział, że jest tylko jedno rozwiązanie. Wiedząc, że nieumarli są powolni, zaszarżował w dwóch naprzeciwko siebie. Jednego z nich sieknął korbaczem, roztrzaskując i rozsypując resztki na kamiennej posadzce, drugiego zaś odepchnął tarczą, która wzmocniona Wezwaniem odrzuciła truposza daleko w bok. Korzystając z chwilowej przewagi, kapłan ruszył w kierunku wyjścia, gdzie ze względu na ciasnotę mógł o wiele bardziej skutecznie bronić się przed atakiem ożywieńców. Kiedy jednak zbliżał się do korytarza z którego przyszedł, zauważył… że wejście jest zablokowane magiczną barierą. Skutecznie odcięła kapłana od ucieczki i pomimo kilku prób forsowania jej, zapora wydawała się niewzruszona i nie do przekroczenia. W tej samej chwili rozległ się też głośny, dudniący w głowie i przeszywający duszę śmiech dobiegający gdzieś z głębi krypty. Tutaj umrzesz i dołączysz do mej armii, wstrętny świecący żołnierzyku powiedział głos, który Hedgar usłyszał bezpośrednio w swojej głowie. Nie masz nade mną władzy, piekielny pomiocie! Wynoś się z mojej głowy w imię Adalberta, strażnika i świętego tarczownika! Krzyknął niemalże w myślach kapłan, co jednak spotkało się tylko ze śmiechem przeciwnika.
Nie było jednak czasu na dalsze rozmowy w jego głowie. Zbliżali się nieumarli, a Hedgarowi zostało mało czasu. Uniósł korbacz wysoko do góry i wypowiedział kolejne Wezwanie.

Jasność niech mą rękę prowadzi,
Tarcza przed mrokiem niechaj broni,
Niech broń ma ciemności zgładzi,
Na rozkaz Adalberta, do broni!

Po tych słowach korbacz Hedgara zajaśniał ostrym, biało-niebieskim blaskiem. Adalbercie, bądź moją tarczą! krzyknął i wbiegł w grupę nieumarłych. Potężnymi zamachami rąbał i siekał wszystko co stanęło na jego drodze. Szkielety roztrzaskiwały się na posadzce, a zombie padały jak muchy trafione silnymi ciosami bronią i tarczą. Nie trzeba było wiele czasu, jak wszyscy ożywieńcy padli ponownie martwi. Zmęczony potyczką Hedgar, ciężko dysząc, przyklęknął na jedno kolano i starał się wyrównać oddech. Walka i nieustanne Wezwania męczyły kapłana, ale wiedział że jego zadanie nie dobiegło jeszcze końca. Odzyskawszy trochę sił, podniósł się z kolan i zwrócił się ku wyjściu. Ku jego zaskoczeniu wejście zostało otwarte i nie broniła go już żadna mroczna moc. Ruszył więc przed siebie i po kilku chwilach znalazł się na skrzyżowaniu dróg pośrodku grobowca. No, to przede mną ostatnia droga do zbadania. Bracie Adalbercie, bądź ze mną w ciemności i jasnością prowadź powiedział szeptem i ruszył w głąb krypty.
Tym razem jednak droga prowadziła w dół, a schodząc głębiej Hedgar coraz bardziej wyczuwał obecność czegoś mrocznego, czegoś przenikającego duszę mroźnym dotykiem samej śmierci. Minąwszy w korytarzu kolejne puste miejsca pochówku, stanął w ostatniej Sali. Była ona równie wielka jak poprzednia, tym razem jednak nie było w niej hordy ożywieńców. W centralnym punkcie, gdzie znajdował się ołtarz ofiarny, stała postać – wysokiej postury, odziana w długą czarną szatę, dzierżąca czarny powykręcany kostur zwieńczony czerwoną kryształową kulą. Stała pochylona nad tym świętym miejscem i wypowiadała jakieś słowa w nieznanym kapłanowi języku. W pierwszej chwili wydawało się Hedgarowi, że ów postać jest nieświadoma jego obecności, jednak nie mógł niestety wykorzystać tej przewagi. Ciężka kolczuga, korbacz, stalowa tarcza i hełm skutecznie uniemożliwiały jakiekolwiek ciche zakradnięcie się. Zostało więc tylko jedno, co należało zrobić.
– Czarodzieju! W imię Brata Adalberta, największego z Tarczowników, nakazuję Ci przestać plugawić to święte miejsce spoczynku! – krzyknął Hedgar, przyjmując pozycję bojową i zasłaniając się tarczą.
– A więc udało Ci się mnie znaleźć, żołnierzyku – odpowiedziała tajemnicza postać nie na głos, lecz znów w głowie kapłana. Jego głos rozbrzmiewał echem niczym tysiące miedzianych dzwonów uderzających jeden po drugim – I po coś się trudził, skoro i tak tutaj umrzesz. Moja armia zgładzi Twój świat i wszystko co kochacie! – dodał zły mag i zaśmiał się.
– Nie ja tu umrę, lecz Ty, plugawy pomiocie otchłani! – krzyknął na głos Hedgar i ruszył biegiem w kierunku złego czarodzieja.
Kiedy zamachnął się korbaczem i broń już miała trafić w przeciwnika, ten obrócił się i dotykając kosturem, z niezwykłą wręcz szybkością i zwinnością, torsu kapłana, odrzucił go na kilka metrów. Upadek był ciężki i bolesny. Hedgar leżąc pod ścianą z trudem mógł złapać oddech. Tajemnicza postać ruszyła powolnym krokiem w jego kierunku.
– Twój bóg Cię nie uratuje, jego władza tutaj nie sięga – odezwał się w głowie głos mrocznego maga. – Dołączysz do mej armii i dla mnie będziesz Tarczownikiem! Będziesz dowodził moimi piekielnymi zastępami!– zaśmiał się złowrogo.
– Ni… nigdy! – krzyknął stłumionym głosem Hedgar i ostatkiem sił podniósł się na nogi – Z wami nekromantami zawsze jest ten sam problem – powiedział, splunął krwią na posadzkę i ruszył w kierunku mrocznego maga.
– Co… jak to… – powiedziała normalnym już głosem postać w szacie i ponownie zamachnęła się kosturem wypowiadając magiczne zaklęcia. Z laski wystrzeliła magiczna bryła lodu, która jednak skutecznie została odbita przez tarczę Hedgara.
– Ano taki problem, że zawsze jesteście przekonani co do swojej wielkiej i nieskończonej siły. Wy jednak jesteście tylko paskudnymi wrzodami na dupie i paskudnym robactwem, które należy miażdżyć – dodał już pewny siebie kapłan i z okrzykiem na ustach ruszył biegiem na czarodzieja.
Mag zmaterializował przed sobą magiczną tarczę, jednak potężny zamach korbaczem, uświęcony Wezwaniem do Brata Adalberta rozbił się w drobny, magiczny pył. Kolejnego ciosu czarodziej już nie zablokował. Hedgar wybił mu kostur tarczą, a korbaczem rozbił głowę, której fragmenty rozbryzgnęły się i zachlapały ołtarz, posadzkę i odzienie samego kapłana.
– I tak to już jest z wami magami. Nagadają się co to nie oni, a i tak kończą w kałuży – powiedział z uśmiechem i uklęknąwszy na jedno kolano zmówił modlitwę błagalną za duszę tego rozsmarowanego nieszczęśnika. Kiedy się podnosił, ujrzał w ręku nekromanty dziwny, półkolisty kamienny ornament. Obejrzał go dokładnie i miał wrażenie, że może stanowić jakąś część większej całości. W tej samej chwili poczuł jednak, że nie jest tutaj sam
– No nie… znowu… – dodał, ale nie dokończył, ponieważ postać która przed nim stanęła była zupełnie inna, jakby nie pasowała do tego miejsca. – Na Świętą Tarczą Adalberta, kim… – chciał powiedzieć, ale nie dane mu było dokończyć.
– Hedgarze – odezwał się spokojnym głosem starzec, wchodząc kapłanowi w słowo – Twoje przyjście tutaj nie było przypadkowe, a i Twoje przeznaczenie poprowadzi Cię do wielkich czynów. Nie mam czasu na wyjaśnienia, gdyż czas nagli, a i nieprzyjaciel czyha za rogiem. On już wie, że go znalazłeś i pokonałeś jego siepaczy. Weź ten ornament i udaj się do miasta Srebrny Bród do gospody Pod Rozbitym Kuflem. Tam się spotkamy! W drogę, nie ma czasu do stracenia! Twoja tarcza będzie znowu potrzebna!– dodał i w jednej chwili wypowiedział magiczne zaklęcie, prawą ręką narysował w powietrzu przecięty okrąg, a lewą stuknął kosturem, po czym zniknął.
– Cholera z tymi magami, niech ich piekło pochłonie. Cóż zrobić, skoro wezwany jestem do pomocy? Po to żyję, dla chwały Jasności – powiedział i obróciwszy się w kierunku korytarza, ruszył w kierunku wyjścia z grobowca.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *