(Prolog) Eldryk, wojownik z przeszłością

W karczmie panował straszliwy gwar. Ludzie przekrzykiwali się jeden przez drugiego, przedstawiali swoje racje, miejscowi handlarze dobijali targów, chłopi sprzeczali się między sobą o cenę zboża, a jeszcze inni przyszli zamówić miejscowe trunki. Karczmarz stał za ladą i ledwo nadążał nalewać piwo z dębowych beczek podwieszonych pod sufitem, a jego pomocnik biegał pomiędzy stolikami próbując dostarczyć zniecierpliwionej klienteli jadło i napitek. Wszystko to skąpane było w bladym świetle płonących pochodni i blasku księżyca, który nieśmiało zaczął górować nad miastem portowym Graed’Anar.
Przy jednym z drewnianych stolików siedział Eldryk, obieżyświat i dezerter z królewskiej armii. Nikomu nie zwierzał się ze swojej przeszłości, a i też nikt nie garnął się do rozmowy z nim. Rycerz wiedział, że ludzie nie są przychylni uciekinierom, toteż nigdy nie rozstawał się ze swoim mieczem i tarczą. Nawet tutaj, pośród roześmianej gawiedzi i upojonego tłumu starał się zachowywać czujność i ostrożność. Kiedy wypił drugi już kufel piwa, wyciągnął długą drewnianą fajkę i nabiwszy tytoń – zapalił. Obłoki dymu wychodziły z jego ust, a on sam czuł się spokojny. Wreszcie mógł odpocząć i odsunąć od siebie wszelkie troski i zmartwienia. Kiedy tak siedział i oddawał się błogiemu paleniu fajki, do karczmy weszło czterech ludzi o naprawdę parszywym wyglądzie. Odziani w skórzane kaftany i kolczugi, uzbrojeni w miecze ruszyli prosto do barowej lady. Odepchnęli kilku pachołków i rozsiedli się na krzesłach. Zamówili coś do picia i jedzenia, po czym zaczęli przekrzykiwać się między sobą i udowadniać kto zabił większą bestię.
– Ten minotaur któremu uciąłem łeb, kwiczał jak zarzynany prosiak – rżał jeden z oprychów przy akompaniamencie pozostałych towarzyszy.
– Co tam minotaur, ja powaliłem ogra gołymi pięściami! – przechwalał się inny zagryzając soczystą pieczeń z dzika.
– Ta, ty to nawet byś muchy nie strącił, choćby ci siadła na nosie! – zażartował inny, co poskutkowało wybuchem śmiechu wszystkich bandziorów.
– Stul mordę parszywy psie! Albo sam ci ją zamknę… – odburknął, wyraźnie urażony brakiem wiary w jego nadludzkie wdawałoby się zdolności bojowe.
– Ach stulcie pyski idioci. Co wy wiecie prawdziwej wojaczce… ja walczyłem z całym odziałem orkowych berserków! Uzbrojony wyłącznie w pałkę i krzesło! – pochwalił się najgrubszy bandzior z całej ekipy
– Pałkę mówisz… czyją? Swoją? – zarechotali pozostali towarzysze, którzy nie mogli się powstrzymać od śmiechu. Jeden z nich prawie zadławił się szynką i omal nie spadł z krzesła.
Eldryk, wieloletni weteran wojenny wiedział, że to co mówili to były bzdury i pewnie nikt z nich nawet w snach nie widział tych monstrów które opisywali. Szybko dogasił tytoń, wysypał resztki do specjalnej sakwy i dopijając piwo, schował fajkę do obszernego plecaka. Wstał od stołu, zarzucił tarczą na plecy i poprawił pochwę od miecza, aby w razie niebezpieczeństwa móc szybko wyciągnąć z niej broń. Zdawał sobie sprawę, że tacy zawadiacy jak Ci czterej przy barze sprowadzają wyłącznie kłopoty. Zostawił przy pustych kuflach kilka srebrnych monet i ruszył w kierunku wyjścia.
Minął kilka stolików oraz czterech podpitych już bandziorów przy kontuarze, po czym wyszedł na zewnątrz. Udało mu się opuścić karczmę nie wzbudzając zbędnych podejrzeń. Kiedy tylko znalazł się na zewnątrz, od razu podszedł do swojego konia. Poprawił siodło, ścisnął pasy od juk i odwiązawszy lejce dosiadł go. Od razu skierował się na wschód w kierunku zajazdu, gdzie miał wynajęty pokój. Jadąc nocną porą oświetlonymi latarniami ulicami Graed’Anar, Eldryk zastanawiał się nad towarzystwem jakie spotkał w karczmie. Dziwna to zgraja. Wpadają uzbrojeni jakby nigdy nic, a dookoła żadnego strażnika. Przecież straż niechętnie patrzy na uzbrojone bandy panoszące się nocą po mieście. Co ciekawe, wyglądali na najemników z Carthumbrii, albo innych Urdariańskich piratów. Strasznie drodzy, czyżby miejscowy baron dozbrajał się? Pomyślał wojownik, wjeżdżając właśnie na szeroki i duży plac, który za dnia pełnił funkcję portowego targowiska. Ciemną noc wypełniły dźwięki przelatujących mew, miauczących kotów i lekki szum morskich fal uderzających o nabrzeże miasta. Eldryk spojrzał na zacumowane łodzie i spostrzegł, że większość jednostek to małe łodzie rybackie. Na palcach jednej ręki mógł policzyć większe statki kupieckie. Kołysząc się na wodzie brzęczały także dzwony i dzwonki pokładowe, co razem stanowiło całkiem niezły marynarski klimat.
Przejeżdżając przez targowisko, wojownik minął jeszcze kilka grupek uzbrojonych najemników, ale jak do tej pory nie napotkał jeszcze ani jednego patrolu straży. Widział ich z daleka na murach miejskich, a raczej łuny ich pochodni majaczące na oddalonych o kilka dzielnic murach miejskich. Okolica zrobiła się bardzo nieprzyjemna pomyślał Eldryk przejeżdżając obok zamkniętych drzwi, furt i okiennic miejskich kamienic. Jadąc dalej dojechał na skrzyżowanie dwóch głównych dróg miasta, ale tutaj także nie spotkał żywej duszy. Jego koń zaczął się denerwować, niespokojnie stukając kopytami w kamienny bruk. Eldryk uspokoił go głaszcząc jego grzywę i szepcząc do jego uszu. Wtedy usłyszał szmer dochodzący z jednej z bocznych uliczek i już wiedział, że ta noc nie skończy się szybko i spokojnie. Z czterech stron wyłoniło się kilkunastu zakapturzonych typów spod ciemnej gwiazdy. Uzbrojeni byli w miecze, kiścienie, korbacze oraz okute buzdygany. Szybka kalkulacja wskazywała na to, że było ich co najmniej piętnastu, a czterech z nich to bandziory z karczmy.
Eldryk, dzierżąc miecz i tarczę, zszedł na bruk i lekkim klepnięciem w koński zad puścił wierzchowca przed siebie.
– Witajcie Panowie, ciepły mam dzisiaj wieczór – powiedział pewnie wojownik, machając spokojnie mieczem i rozciągając kark – Czy jest tutaj jakiś ważny jegomość, co mówić potrafi? – zapytał z lekką kpiną, cały czas starając się obserwować pole dookoła siebie. Nikt jednak nie odpowiedział, a na twarzach najemników pojawiły się tylko uśmiechy. Dwóch z nich ruszyło przed siebie, wymachując nad głowami kiścieniami.
– Jedna zasada prowadzenia bitwy mówi, że nigdy nie należy zostawiać flanki odsłoniętej – powiedział Eldryk zręcznie broniąc cios tarczą i wykonując czyste cięcie mieczem w odsłoniętą klatkę piersiową napastnika. Zaraz po tym zablokował atak drugiego bandziora i szybkim pchnięciem zakończył jego nędzny żywot – Inna z kolei mówi, aby nigdy nie atakować od tej strony, z której przeciwnik ma tarczę – dodał i poprawił uchwyt tarczy.
W tym czasie do ataku rzuciło się trzech kolejnych napastników z pałkami, lecz także i oni nie mieli wiele szczęścia. Padli jeden po drugim od szybkich i celnych cięć Eldryka. Jak do tej pory nie udało im się przełamać obrony wojownika.
– Kolejna zasada mówi, żeby zawsze atakować razem i nigdy nie zostawiać nieosłoniętych towarzyszy w boju – dodał po chwili przechadzając się pomiędzy pokonanymi przeciwnikami – Potrzebujecie jeszcze jakiejś lekcji? Pamiętam ich całkiem sporo, chociaż dawno nie miałem komu jej wykładać – dodał głośno, skierowawszy miecz ku najtęższemu z bandziorów – Może Ty?
Mężczyzna wyszedł przed szereg i złowrogo się zaśmiał, dając znak łucznikom na dachach. Ci wychylili się zza kominów pobliskich kamienic i napięli cięciwy.
– Oszukujemy… – powiedział Eldryk i szarżując zaatakował postawnego najemnika. Walka trwała dłuższą chwilę, ale wojownik zyskał czas. Łucznicy nie odważyli się strzelać kiedy ich przywódca był w zwarciu. Żołnierz zręcznie unikał ciosów okutego buzdygana i wyprowadzał kontry, które jednak skutecznie były parowane przez najemnika. W pewnej chwili Eldryk spostrzegł, że dwóch bandziorów próbuje go oflankować. Kiedy ruszyli do natarcia, niespodziewanie odskoczył i napastnicy wbiegli jedni na drugich. Wojownik zbiegł do jednej z bocznych ulic, a za nim posypał się grad strzał.
Uciekał dłuższą chwilę pomiędzy kamienicami i przydomowymi ogrodami, starając się zgubić pościg. Najemnicy wydawali się nie odpuszczać, goniąc go ulicami i dachami. Po kilkudziesięciu metrach szybkiego biegu Eldryk wbiegł do małej uliczki która zakończona była kilkumetrowym kamiennym murem miejskim.
– Świetnie – powiedział do siebie czując, że sytuacja nieco się skomplikowała – Tutaj raczej się nie wespnę – Eldryk rozejrzał się dookoła, ale nie dostrzegł ani jednej możliwej drogi ucieczki. Po chwili z jednej z uliczek wybiegli najemnicy i ustawiwszy się w szeregu zaczęli kroczyć ku wojownikowi.
– Tutaj kończy się Twoja podróż, Eldryku – powiedział ich przywódca i nakazał łucznikom napiąć cięciwy.
– Skąd znasz moje imię najemniku? – zapytał z nieukrywanym zdziwieniem Eldryk i ustawił się do pozycji obronnej, próbując zasłonić jak największą część swojego ciała tarczą. Nie spotkał się jednak z żadną odpowiedzią.
Wtedy zdarzyło się coś, czego nie zrozumiał chyba nikt z obecnych. Nagle między wojownikiem a napastnikami zmaterializował się czarodziej. Eldryk przyjrzał mu się uważnie i zobaczył, że ów tajemniczy nieznajomy to starzec odziany w stare, długie szaty a w jego ręku lśnił magiczny kostur. Mag narysował w powietrzu laską skomplikowany wzór, po czym jakby znikąd wyrzucił w powietrze garść piasku.
– Magicio Somnia Omnis! – powiedział starzec, a po chwili wszyscy napastnicy padli na ziemi jak martwi. Nie zabił ich jednak, a tylko uśpił.
– Eldryku – dodał, w pośpiechu odwracając się ku zaskoczonemu wojownikowi – Twoje przeznaczenie to coś więcej niż ściganie własnej przeszłości i marna śmierć w ciemnej uliczce. Nie mam zbyt dużo czasu na wyjaśnienia, gdyż czas nagli, a i nasz nieprzyjaciel czai się u naszych wrót. Jak najszybciej udaj się do miasta Srebrny Bród do gospody Pod Rozbitym Kuflem. Tam się spotkamy! Nie trać czasu i nie zatrzymuj się po drodze. Ruszaj, oni nie będą spali wiecznie! – dodał i rzucając kolejne zaklęcie zniknął równie szybko jak się pojawił.
Eldryk schował miecz do pochwy i zarzucił tarczę na plecy. Słowa czarodzieja wielce go zafrasowały, ale nie zamierzał się sprzeciwiać temu wezwaniu. Szczerze mówiąc, nie miał lepszego zajęcia, a i przydałby się nowy zarobek. Doskonale wiedział też, że czarodzieje mają złota pod dostatkiem. Udał się więc do zajazdu, w którym nocował. Kiedy tam doszedł, jego koń już na niego czekał. Pogłaskał go po pysku i nakarmił soczystym, czerwonym jabłkiem.
– Chodź, Talandrielu, czeka nas bardzo długa podróż – powiedział do wierzchowca i wskoczywszy na jego grzbiet, ruszył w kierunku wschodniej bramy miejskiej.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *