Rozbita Szyba

 Jeżeli można by wskazać najbardziej uciążliwy i znienawidzony dźwięk na świecie, pogardzany przez wszystkich ludzi zamieszkujących tę planetę, to na pewno byłby to poranny dzwonek budzika. Pewny niemal tak samo jak śmierć i podatki – zawsze zadzwoni, zwłaszcza jeżeli jest sterowany przez sztuczną inteligencję.
Alvin rozświetlił przypodłogowe światła, tworząc w sypialni Walta przytulny półmrok. Rolety rozsunęły na boki, okna rozszczelniły się z delikatnym syknięciem, a do pokoju wlało się dzienne światło, niesione rześkim, chłodnym porannym powietrzem.
– Obudź się Walt, dzień dobry – rozbrzmiał w głośnikach cyfrowy głos asystenta domowego, będącego sztuczną inteligencją nadzorującą automatycznie wszystkie elektroniczne systemy mieszkania, w którym się znajdował. Walt jednak nie odpowiedział, leżąc dalej – nie miał zamiaru wstawać. – Mamy dzisiaj poniedziałek, pierwszy dzień października 2065 roku. Temperatura powietrza zewnętrznego 16 stopni w skali Celsjusza, wewnętrzna 19 stopni w skali Celsjusza. Zaplanowane spotkania na dzisiaj to: wideokonferencja z Melem Stanislavskim, w sprawie raportu finansowego za trzeci kwartał, ósma rano, rozmowa z zespołem w sprawie podziału obowiązków na ten tydzień, godzina dziesiąta, oraz spotkanie z Kate i Susan, szesnasta trzydzieści.
– Kurwa. – odpowiedział spod kołdry Walter, zrywając się po chwili na równe nogi. Rozciągnął się, nasunął kapcie i bez pośpiechu poszedł do łazienki. Szybki letni prysznic, poranna toaleta, zęby. Rytuał, spokój i bezpieczeństwo. Tak o tym myślał Walter. Niczego więcej nie potrzebował, było mu dobrze. – Alvin, kupo złomu, zaparz kawę i odpal laptopa. – powiedział na głos Walt, płucząc zęby i zwracając się do wszechobecnych interkomów.
– Oczywiście Walter. Ta uwaga była niemiła, jest mi przykro. – powiedział beznamiętnie Alvin, który miał wgranych w siebie kilka tysięcy różnych reakcji na przytyki i nieuprzejmości, jakie kierowali do niego ludzie zamieszkujący mieszkania w super-wieżach. – Czy coś jeszcze dla Ciebie zrobić? – dodał po chwili, bez cienia wątpliwości i ze spokojem.
– Ta, przykro Ci, kupo złomu – powiedział Walter pod nosem, owijając się ręcznikiem. – Śniadanie mi zrób i zamów obiad na trzynastą, to co zawsze. – dodał i wyszedł z łazienki, kierując się z powrotem do sypialni.
– Oczywiście Walter, już się robi. – odpowiedział Alvin, szykując dla swojego domownika pożywną proteinową pastę, kubek gorącej, sojowej latte i wysyłając zamówienie dla jadłodajni z poleceniem dowozu na konkretną godzinę.
Walter ubrał się niespiesznie, założył zegarek i zerknął na godzinę. Wskazówki wskazywały siódmą pięćdziesiąt osiem. Udał się więc od razu do kuchni, gdzie wyciągnął parującą miskę z proteinową papką, wziął kubek i poszedł do malutkiego pokoiku, w którym znajdował się jego służbowy komputer.
– Alvin, radio. – powiedział, upijając łyk kawy i zerkając na skrzynkę mailową z kalendarzem spotkań.
– Oczywiście Walter, ta sama stacja co zawsze? – rozbrzmiał głos z interkomu, znajdującego się przy drzwiach od gabinetu.
– Tak, ale nie za głośno. – odpowiedział Walt, odkładając kubek i biorąc łyżkę z proteinową pastą. W tej samej sekundzie na komputerze pojawiła się ikonka informująca o rozpoczęciu spotkania z Melem, jego szefem i senior managerem działu finansowego, w którym pracował. Walt ustawił na dotykowym monitorze kilka parametrów i skorygował holograficzny wyświetlacz tak, żeby sylwetka siedzącego Mela wyświetliła się na krześle ustawionym przy jego biurku.
– Jak zwykle punktualny. Cieszę się, że znalazłeś dla mnie chwilę, przecinek Walt. – powiedział mężczyzna w średnim wieku, z krótko wystrzyżonymi włosami i wymodelowaną brodą. – Co masz dla mnie dzisiaj?
Rozmowa przedłużała się i Walter miał naprawdę dość tłumaczenia każdego pieprzonego wydatku, kosztu i tego, że czasami marża jest zbyt niska, a różnica na MAP produktów zbyt duża. Udało mu się jednak zagadać Mela i wyjść obronną ręką z przedstawienia tego raportu. Kolejne spotkanie minęło znacznie szybciej, już w nieco luźniejszej atmosferze. Rozdysponował pomiędzy ludzi zadania, a sam zajął się swoimi sprawami – księgowanie przelewów, rozliczanie sald, tworzenie rezerw na kolejny miesiąc, projekty, maile, w między czasie zamówiony przez Alvina obiad.
Dzień jak co dzień pomyślał, ale lubił tę pracę. Zarabiał dobrze, z racji stanowiska miał nieco wyższe limity na mięso i ciepłą wodę, co w obecnych czasach było przecież na wagę złota. Kilka razy w miesiącu mógł wyjść ze swojej dzielnicy do parku albo kina, co przecież świadczyło o jego, można powiedzieć, zamożności. Wielu z pośród kilkudziesięciu tysięcy ludzi zamieszkujących i pracujących w super-wieży o numerze FIT-2055EU mogło pozazdrościć takiego standardu. Tak naprawdę, to większość z nich ledwo mogła wyjść z mieszkania albo pójść samemu do sklepu, nie mówiąc już o jakimkolwiek spacerze poza dzielnicę komunalną.
Spacer, tak. Na Walta czekał dzisiaj spacer. Kiedy tylko na ekranie pojawiła się informacja o zakończonej pracy, wstał od biurka, rozciągnął ręce, ubrał się pospiesznie i wyszedł z mieszkania. Odprowadzony spojrzeniem kamer, udał się do windy, która zawiozła go kilkanaście pięter do góry. Na ekranach umieszczonych na ścianie dość sporych rozmiarów windy, wyświetlały się najświeższe informacje, reklamy i relacje reporterów terenowych. Uwagę mężczyzny przyciągnął jeden telebim, który ukazywał policyjne drony i agentów służb porządkowych, którzy zatrzymali grupkę miejscowych chuliganów, czy bardziej terrorystów, jak nazywani byli przez, nad wyraz poruszonego, dziennikarza stacji FIT55 News. Na paskach podkreślone było hasło: „Wrogowie systemu, narażający bezpieczeństwo i publiczny porządek”
Kiedy tylko delikatny i melodyjny kobiecy głos oznajmił, że dojechali na piętro 78, drzwi z cichym syknięciem otworzyły się, a Walt wyszedł na zewnątrz. Od razu uderzyło go świeże powietrze i ogromna przestrzeń, wypełniona po brzegi różnorakimi drzewami, krzewami oraz sektorami złożonymi z mieszanek lasów i zagajników, oddających klimat różnych części świata. Urokliwego charakteru dodawały żwirowe dróżki, usypane z białych i szarych kamyków. Jedyne co zawsze zastanawiało Walta, to zasadność wszechobecnych kamer i mrugających diodami nadajników. Rozumiał względy bezpieczeństwa, ale czemu podążały za każdym ich krokiem?
Walt nie był przyzwyczajony do otwartych przestrzeni. Najchętniej zaszywał się w swoim mieszkaniu i tam spędzał niemal cały swój prywatny czas. Co innego Kate i Susan. One wprost uwielbiały przebywać na świeżym powietrzu. Może nie miały zbyt dużego przydziału, ale kilka godzin w tygodniu to i tak bardzo dużo jak na panujące w tej wieży standardy.
Dziewczyny czekały na niego w zwyczajowym miejscu. Mały skwer na planie okręgu, otoczony starannie przyciętymi krzewami dzikiej róży i wielkiej, rozłożyście rosnącej wierzbie płaczącej. Kate czytała coś w telefonie, a Susan układała kolorowe kamyczki, dogłębnie zanurzając się w swoim pełnym dziecięcych marzeń świecie.
Walt zatrzymał się na chwilę, wziął głęboki oddech i podszedł do nich. Susan od razu wyczuła obecność swojego ojca i podbiegając rzuciła mu się w ramiona. Kate nieśpiesznie odłożyła telefon i chłodno spojrzała na byłego męża.
– Cześć Walt, długo kazałeś na siebie czekać. – powiedziała ozięble, z nieukrywaną niechęcią w głosie.
– Witaj Kate, dobrze cię widzieć. – odpowiedział mężczyzna, patrząc w oczy córce. – Ciebie też Susan, oczywiście – dodał po chwili, spoglądając na lekki grymas na twarzy dziecka. – To dla ciebie, wszystkiego najlepszego kochanie – powiedział i wyciągnął z kieszeni kurtki małe zawiniątko, które przeleżawszy tam kilka tygodniu, w końcu trafiło do solenizanta.
Susan uśmiechnęła się, odpakowała pospiesznie prezent i jeszcze raz uściskała Walta. To był mały kolorowy piesek, ostatni, brakujący dziewczynce do pełnej kolekcji.
– Dziękuję, tatusiu! – powiedziała mała Susan i pobiegła pobawić się nową zabawką.
– Pamiętałeś, brawo – odezwała się nagle Kate, spoglądając na córkę. – Nie spodziewałam się tego po tobie. – dodała chłodno
– To moja córka, odpuść mi już. Nie po to tu jestem. – odrzekł mężczyzna, który zmęczony był już ciągłymi uwagami byłej żony. – Nie psuj tego.
– Ja niczego nie psuje, to ty…- urwała nagle w połowie zdania, zobaczywszy wzrok Walta, bombardującego spojrzeniem jej prośbę o zamknięcie się. Pasywno-agresywnie, ale skutecznie.
Popołudnie minęło całkiem dobrze. Porozmawiali, pobawili się z Susan, a na koniec poszli razem na sernik i kawę. Rozstali się koło godziny dziewiętnastej, w uściskach córki i ojca, i chłodnym pożegnaniu z Kate.
Zostały trzy godziny do godziny nocnej, a to znaczyło, że ulice i przestrzeń publiczna zostaną zamknięte, a na zewnątrz wyjdą patrole służb porządkowych. Władze utrzymywały, że chodzi o realne zagrożenie ze strony terrorystów i nikczemnych separatystów. Problem tylko w tym, że sytuacja ta trwała już kilka lat i zdawała się nie mieć końca. Walt jednak wolał zająć się swoimi sprawami, politykę zostawił innym. Nie miał na to ani czasu, ani siły, ani ochoty. Jemu, swoistemu introwertykowi, ten status quo odpowiadał i nie zamierzał z tym nic zrobić.
Kiedy szedł korytarzem łącznikowym do swojego mieszkania, takim z widokiem na rozległą górzystą dolinę, w której znajdowała się jego wieża, zatrzymał się, czując, że coś mu nie pasuje. Rozejrzał się i wpatrzył uważnie w jeden punkt. Jedna z przypodłogowych kratek wentylacyjnych była, jak mu się zdawało, odchylona, a z jej wnętrza wystawało coś czego w pierwszym momencie nie rozpoznał. Niespiesznie podszedł do tego miejsca, nachylił się i odchylił aluminiową płytkę. Sięgnął po tę dziwną rzecz i ku obrzydzeniu stwierdził, że to co wystaje, to… ogon martwego szczura. Kamery skupiły na nim swoją uwagę, protokołując każdy jego ruch i alarmując miejscowe służby porządkowe.
W tym samym czasie Walt odłożył zwierzę i sięgnął głębiej. Ku swojemu przerażeniu spostrzegł, że kanał wentylacyjny zarojony jest truchłami martwych szczurów, a niemal wszystkie z nich były… zamrożone. Po kilku minutach z drugiej części korytarza nadeszły androidy porządkowe, uzbrojone po zęby, nakazując Waltowi odwrócić się twarzą do ściany, legitymując oraz zadając mnóstwo trudnych pytań. Nadleciał też dron, który uważnie relacjonował całe to zajście. Mężczyzna próbował się wyszarpać, tłumacząc że tylko tędy przechodził, ale ochroniarzy niewiele to interesowało. Z głośników umieszczonych przy suficie rozległ się głos asystenta głosowego, który przypomniał Walterowi wszystkiego jego prawa, ale też obowiązki. Zapewnił także o użyciu siły w razie stawiania oporu. Mężczyzna jednak nie chciał dać za wygraną i oswobodził się z uścisku jednego z androidów, kierując się biegiem w stronę windy. Daleko jednak nie uciekł, androidy dysponowały bowiem ponadprzeciętną siłą i zwinnością, więc bez trudu go dogoniły. Walt próbował walczyć, stawiać się, wyrwał nawet jedną z policyjnych pałek i zdzielił przez łeb jednego z robotów, który tak niefortunnie upadł, że stłukł jedno z wielkich okien, to przez które widać było ten piękny wodospad majaczący w oddali.
Wtedy jednak stało się coś zupełnie nieoczekiwanego. Do środka nie wpadło świeże powietrze i zapach jesieni, lecz oczom Waltera ukazał się widok daleki od idyllicznego. Przez to jedno okienko zauważył skute nieskończonym lodem umarłe pustkowie i zgliszcza jakiegoś miasta, a atmosferę zaczął wypełniać mroźny, śnieżny wiatr. Ale jak to? Pomyślał, dając się skuć androidom i poddając się bezwiednie zastrzykowi z serum uspokajającym. Kamery, sztuczna inteligencja, wieże, klimatyczni, przeciwni inwigilacji terroryści. Iluzja? Kłamstwo? Jak to? Myśli te rozbijały się w jego głowie niczym wodospad, który powinien być za oknem, a którego tak próżno próbował się doszukać.
Kiedy tracił świadomość, a jego kolana robiły się coraz bardziej miękkie, olśniło go. W tym momencie Walter wszystko zrozumiał.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *