Od samego rana Adraen czuł się jakoś inaczej. Ból w jego głowie był nie do zniesienia, a wszystkie jego członki wydawały się odmawiać posłuszeństwa. Z trudnością podniósł się i wstał z wiszącego hamaka, po czym niepewnie zrobił kilka kroków wokół klepiska swojego namiotu. Swoje ręce trzymał cały czas na głowie, próbując rozmasować najbardziej doskwierające miejsca. Ulga nie przychodziła, toteż Adraen postanowił poradzić się swojego mentora, Caentariusa. Nie wątpił, że mądre rady sędziwego druida pozwolą mu ujrzeć światło prawdy w tej dość nietypowej sytuacji. Jako nowicjusz i świeżo upieczony druid miał pełne prawo prosić a wsparcie Najwyższej Rady. Wyszedł więc ze swojego namiotu, stając na zawieszonej w koronie drzew platformie. Od razu uderzył go chłodny, orzeźwiający podmuch jesiennego poranka, a wschodzące słońce nieśmiało prześwitywało poprzez gęste listowie, oświetlając całą dolinę Elaenory. Młody mężczyzna zaczerpnął świeżego powietrza i udał się do centralnego miejsca w osadzie, które jednocześnie było siedzibą całej starszyzny oraz głównym miejscem kultu Bogini Elaeny.
Po drodze minął kilku innych nowicjuszy, dywagujących nad zaklęciami i eliksirami oraz kilka grup myśliwych, powracających z rozległych w tej dolinie terenów łowieckich. Nie mieli żadnej zdobyczy, jednak Adraen wyczytał na ich twarzach pewien rodzaj niepokoju. Nie wiedział i nie rozumiał jaki, ale jednego był pewien – w jakiś sposób było to związane z jego dolegliwościami. Po niedługim czasie, stanąwszy u wejścia potężnie rozciągniętego namiotu Rady, młody druid poprawił poły płaszcza, przeczesał rozmierzwione, jasnobrązowe włosy i wziął głęboki oddech. Gdy tylko wszedł do środka, musiał przyzwyczaić oczy do panującego tu półmroku. Wielkie sala, o ile można ją tak nazwać, rozświetlona była jedynie centralnie ulokowanym sporych rozmiarów ogniskiem i dziwnie połyskującymi grzybami wielkości dorosłego psa, zwanymi potocznie Elinarami. Ich zielonkawy blask tworzył specyficzne oraz harmonijne połączenie z czerwono-pomarańczowymi, ognistymi językami maleńkich lampionów. Adraen, minąwszy palenisko, ujrzał sporych rozmiarów sadzawkę, której konstrukcja zawsze go frasowała i zastanawiała. Nad leniwie kołyszącą się taflą wody, unosił się, pogrążony w medytacji, sędziwy mężczyzna. Kiedy tylko druid do niego podszedł, ten nie przerywając transu, odezwał się niskim głosem.
– Młody Adraenie, czym zawdzięczam sobie twoją wizytę? – powiedział, nie robiąc przy tym jakiegokolwiek ruchu, nie mówiąc już o otwarciu oczu czy spojrzeniu na młodego druida.
– Caentariusie, przychodzę po radę. – odpowiedział nowicjusz, skłaniając się nisko. – Jest pewna sprawa, która nie daje mi spokoju. Już od dłuższego czasu. – dodał po chwili niepewnie, zaciskając dłonie na pasie swojej torby, przewieszonej przez ramię.
– Radę… – zamyślił się sędziwy druid, uśmiechając się. – Pytaj młody druidzie, pytaj. W mądrości siła, a gdy pytań nie ma końca, nasze wiedza i jedność a naturą nie przemijają. – dodał po chwili, nie przerywając medytacji, beztrosko unosząc się nad wodą.
– Mam sny. Dziwne sny. – zaczął opowiadać Adraen, zatapiając swoje myśli w nocnych obrazach. – Budzę się w lesie o poranku, a pierwsze co dostrzegam, to piękna, śnieżnobiała łania. Prowadzi mnie leśnymi gęstwinami, aż docieramy na skraj lasu. – jego głos zauważalnie drży, a on sam uważnie spogląda na Caentariusa. Ten jednak milczy i spokojnie czeka aż młody druid skończy swoją opowieść. – Wtedy przed moimi oczami ukazuje się wielki cmentarz, miejsce cierpienia, zła, spaczenia i działania mrocznej siły. Ścięte drzewa, przeorane łąki, martwe zwierzęta, przeżarte przez tysiące larw. Łania prowadzi mnie, a potem znika. Ja… ja osuwam się na kolana i płaczę. – skończył Adraen, biorąc głęboki wdech a próbując uspokoić swój głos.
Caentarius otworzył oczy i sprawnym, jak na swój wiek, ruchem znalazł się na brzegu sadzawki. Podszedł do młodego druida i złapawszy go za ramię, spojrzał mu prosto a oczy.
– Niezwykły to sen, zaiste. – zamyślił się druid, spoglądając gdzieś w sobie znanym kierunku. – Wiem jednak czym jest ta polana i wiem także, czym jest ten niepokojący mrok zalegający w Świętej Dolinie Elaenory. Chodź, pokażę ci coś. – opowiedział spokojnym, acz poważniejszym już tonem, wskazując ręką na jedną z donic, ustawionych po przeciwnej stronie Sali. W dużej, solidnej, dębowej skrzyni, wkopane były rośliny z wielkimi, rozłożystymi liśćmi i żółtymi, niczym poranne słońce, kielichowatymi kwiatami. a pobliżu unosił się delikatny zapach słodyczy, wyczuwalny nawet przez ludzi, a dookoła roślin latało kilka zapracowanych pszczół.
– Dolinie Elaenory? U nas? – zdziwił się Adraen, dając się jednak prowadzić do miejsca, które wskazał Caentarius. – Dlaczego mam takie sny? – dopytywał młody druid.
– Zobacz, młody druidzie. – przerwał mu mentor, wyjmując spod szaty maleńką fiolkę. Delikatnie ją odkorkował i przechylił nad rośliną wkopaną do drewnianej donicy. Ku zdziwieniu Adraena z wnętrza szklanego flakonu nie wyleciało nic, poza delikatną, ciemnoszarą mgiełką, która delikatnie osiadła na zielonych listkach kwiatu. Caentarius zamknął fiolkę i schował za poły szaty. Wyciągnął prawą rękę i nakreślając w powietrzu skomplikowany kształt, skierował ją na roślinę.
W tym samym momencie zaczęły dziać się cuda, a Adraen jeszcze bardziej otworzył i tak już zapatrzone oczy. Kolor rośliny zmienił się na zgniło zielony, a na łodydze i kwiecie zaczęły powstawać różnokształtne narośle. Jedna z pszczół, która akurat na nim wylądowała, nie zdążyła nacieszyć się słodkim nektarem. Padła martwa po kilku sekundach. Pomieszczenie wypełniła także paskudna woń rozkładu i zgnilizny, która jakby samoistnie zaczęła rozchodzić się na kolejne rośliny.
– Caentariusie! Cóż to na bogów? – powiedział Adraen, cały czas nie mogąc zrozumieć co się tak naprawdę wydarzyło.
– Widzisz młody Druidzie, na świecie istnieją także siły twórcze, które bynajmniej nie przynależą ani harmonii ani tym bardziej naturze. – odpowiedział spokojnie mentor, zakopując martwą pszczołę w donicy. – Nagromadzenie niegodziwości, mroku zamieszkującego serca istot i udział czarnej magii potrafią stworzyć straszliwe rzeczy, a także przynieść niepotrzebny ból i cierpienie. – dodał po chwili, jednym ruchem ręki wyczarowując ogień, który strawił martwą już roślinę i wszystko to, co powstało po zetknięciu się z esencją umieszczoną w zapieczętowanej fiolce.
– Więc to spotkało naszą Dolinę? Wiedziałeś o tym? – zapytał Adraen, zastanawiając się nad tym co zobaczył, co czuł i co pamiętał ze swoich snów.
– Tak, od jakiegoś czasu wyczuwam cienie, które zalegają w naszej Dolinie. – odpowiedział Caentarius, odwracając się do mężczyzny i poklepując po ramieniu. – Dlatego sprawa ta będzie Twoim zadaniem na Drodze Równowagi. Odnajdź zalegający cień i zaprowadź harmonię. Niech cykl życia i śmierci ponownie powróci do Doliny. – dodał, wręczając młodemu Druidowi mały, owalny, zawinięty w ręcznie utkany materiał, przedmiot.
– Moje zadanie? – zapytał Adraen, odbierając przedmiot i przyglądając mu się z ciekawością. Odwinął materiał i zobaczył maleńki kokon, zatopiony w bursztynowy kamień. Mienił się pięknymi, jesiennymi brawami, a druid czuł bijącą z niego energię. – Cóż to Caentariusie? Do czego jest mi to potrzebne? – zadawał kolejne pytanie, jednak w odpowiedzi dostał jedynie uśmiech mentora.
– Dowiesz się w swoim czasie Adraenie, dowiesz się w swoim czasie. Niech prowadzi cię światło Elaeny – odpowiedział Arcydruid i powrócił do medytacji nad spokojną taflą, krystalicznie czystego źródełka, zostawiając tym samym młodego mężczyznę samemu sobie.
Nie myśląc wiele, Adraen skłonił się nisko, schował zawiniątko do torby i wyszedł z Wielkiej Sali na zewnątrz. Z tej wysokości, wśród koron drzew i bezchmurnego nieba, widoczna była niemal cała dolina wraz z otaczającymi ją pasmami gór. Właśnie w tym miejscu, wśród prastarych Dębów Glaen’Silaq, społeczność myśliwych i druidów upatrzyła sobie miejsce kontemplacji i budowy Sanktuarium ku czci Elaeny – Glaen’Elaena, bo tak właśnie nazwali je przed wiekami ich pobratymcy. Adraen, uważnie przypatrując się Dolinie, poczuł jak wiatr przybiera na sile. Jakby popychał go do działania. Jego rozpuszczone, brązowo-rdzawe włosy powiewały, a on sam stał wpatrzony w lasy i rzeki położone u stóp Glaen’Elaena. Widział ludzkie miasta i osiedla, krasnoludzkie kopalnie wraz z ich bezkresnymi sztolniami, elfie osady oraz całe połacie ziem niczyich, zamieszkane przez różnej maści orkowe i goblinie klany czy ogrowe fortece. Druidzi nigdy nie mieszali się do spraw i polityki uprawianej przez wszystkie rasy kontynentu, jednak w tej sytuacji nie mieli wyboru. Cienie zaległy w Dolinie, a kto jak nie strażnicy równowagi mogli zaradzić tej sytuacji?
Młody Druid wyszeptał słowa inkantacji, a swoim dębowym kosturem nakreślił w powietrzu magiczne znaki, które samoistnie przybrały postać orła. W tej samej chwili Adraen zamienił się w ptaka i poszybował wysoko w przestworza, a swoje orle oczy skierował ku graniczącej ze Świętym Gajem ludzkiej osadzie Graenadann. Wydał z siebie głośny skrzek, po czym niesiony podmuchem wiatru poleciał na wschód.