Niewiele pamiętam z tego dnia. Zostaliśmy zaatakowani przez zębacze i zmuszeni skoczyliśmy do kolonii. Nie trwało to długo, odległość nie była jakaś wielka, ale czułem że spadam godzinami. Każdy centymetr lotu ładował do mojej podświadomości skrajne emocje – szczęście, niedowierzanie, żal, smutek. Z jednej stron żyliśmy, ale z drugiej – co to za życie? Nie mieliśmy wyboru, gdyby nie ten wątpliwy akt odwagi, skończylibyśmy jako żarcie dla tych przeklętych jaszczurów.
Kiedy już wpadliśmy do tego jeziora, pamiętam że mi i Willowi ledwo udało się dopłynąć do brzegu. Będąc bardziej precyzyjnym – z wielkim bólem, chyba już każdej części ciała, przywlokłem go na ląd. Długo leżeliśmy na malutkiej, piaszczystej plaży. Kiedy udało mi się w końcu otrząsnąć i uzyskać trochę więcej czucia w rękach, rozejrzałem się dookoła. Znajdowaliśmy się na miejscu zwanym Placem Wymian, a jak się później dowiedziałem – jedynym miejscem kontaktu więźniów ze światem zewnętrznym. Na wielkiej drewnianej platformie ustawionej nad brzegiem jeziora, znajdowało się coś co przypominało wyciąg. Używany był do wymiany towarów między Kolonią, a resztą wyspy Khorinis. To tutaj więźniowie otrzymywali raz w miesiącu wszystko to, co chcieli – nawet kobiety. W zamian oczywiście wysyłali królowi magiczną rudę, wydobywaną w kilku miejscowych kopalniach.
Zostawiłem Willa na brzegu i poszedłem rozejrzeć się po tym miejscu. Znalazłem tu kilka skrzyń oraz jakieś paczki, a wszystko to zadaszone drewnianym, przymocowanym do zbocza skał dachem. Było tylko jedno miejsce, nieco na uboczu za stosem skrzyń, które mogło nadać się na sen. Nie wiedziałem bowiem czy nie spotka nas tu jakaś niespodzianka. Wróciłem po Willa i z wielkim wysiłkiem przeniosłem go w to miejsce. Ułożyłem go, a sam poszedłem rozejrzeć się po okolicy. Do Placu Wymian prowadziła tylko jedna ścieżka. Nie mając wielkiego wyboru, udałem się nią przed siebie. Kiedy droga przede mną zmieniła się w ciasną przełęcz, usłyszałem pierwsze głosy – byli to strażnicy, którzy pilnowali bramy prowadzącej do tego miejsca. Oczywiście, jakby wrażeń było mało, przejście było zamknięte. Nie pamiętam o czym rozmawiali, ale komentowali chyba ostatnią dostawę.
Niestety, było to ostatnie odkrycie, w tym chylącym się ku końcowi dniu. Przeszukałem wszystkie skrzynie i paczki, ale nie znalazłem ani żadnego jedzenia, ani żadnego użytecznego sprzętu. Zerknąłem też na Willa, jego stan nie był najlepszy, ale stabilniejszy niż po wypadku. Wiecie co robił? To co zawsze, czyli smacznie sobie spał. Ja za to starałem się zachować czujność za nas obu. Próbując oczywiście przy okazji nie rozpaczać nad sobą, swoim losem i beznadziejną sytuacją, którą sam nam zgotowałem. I nie, nie interesowało mnie to że inaczej bym już nie żył.
Sen nie chciał przyjść, więc usiadłem na krawędzi platformy i spojrzałem w toń wody. Była bardzo spokojna i czysta, więc wyraźnie widziałem swoje odbicie oraz księżyc, który tej nocy był wyjątkowo duży. W pewnej chwili stało się coś niezwykłego, a w zasadzie to dwie rzeczy. Po pierwsze, na niebie zamajaczyły potężne wyładowania energii magicznej na barierze, przez co była widoczna niczym Nordmarskie zorze. Straszliwa, a zarazem piękna – łącząca barwi zieleni i błękitów.
Po drugie, zaczął padać deszcze. Znowu ten cholerny, beznadziejnie chłodny deszcz.