Kraina, w której zaległy cienie, cz. I

Nad miasteczkiem Graydawn, najbardziej wysuniętym osiedlem na północy królestwa, zebrały się ciężkie, burzowe chmury, a mroczny całun okrył ziemię aż po horyzont. Co jakiś czas słychać było głośne i dudniące grzmoty, a z nieba coraz mocniej zaczynał padać śnieg. Dachy i więźby skrzypiały złowrogo, szyldy i donice upadały na bruk od porywistego wiatru, a roztargnieni mieszkańcy wszelkimi siłami próbowali odnaleźć się jakoś w tej niespotykanej sytuacji. Naprędce udawali się do swoich domów, zamykając za sobą drzwi i drewniane okiennice. Kupcy chowali towary i zamykali swoje kramy, a strażnicy miejscy chowali się pod dachami albo strzechami najbliższych kamienic oraz budynków. Nawet najstarsi obywatele nie pamiętał tak silnej burzy i zamieci, toteż widać było że mieszkańcy kompletnie nie radzili sobie przy tak nagłej zmianie pogody. Co rusz ktoś się wywracał, wpadając do błotnej kałuży, albo ślizgając się na mokrym bruku wlatywał w nieschowane jeszcze skrzynie pełne owoców. Nawet konie w stajniach nerwowo sapały i dyszały, dając znać woźnicom, że nie pasuje im taki stan rzeczy. Zaplanowane na to piątkowe popołudnie rozpoczęcie święta zbiorów zostało mimowolnie odroczone w czasie. Nikt nie zajmował się już ozdabianiem latarni miejskich, rozwieszaniem flag czy rozlewaniem korzennego piwa do kufli. Grajkowie i muzycy rozstawili się po karczmach i gospodach, a cała masa innych cyrkowców, iluzjonistów i hochsztaplerów rozbiegła się po zgoła odmiennych przybytkach rozkoszy i kultury.
Niewielu podróżowało o tej porze, co z resztą nie było niczym dziwnym. Któż bowiem chciałby przedłożyć ciepło karczemnego ogniska i sycącej strawy nad wędrówkę w mroźne ostępy? Jakże więc zdziwieni byli strażnicy miejscy pilnujący południowej bramy, kiedy u progu Graydawn zjawił się okryty płaszczem wędrowiec z zawieszoną na plecach trójkątną tarczą ze złotym wizerunkiem Słońca. Dosiadając dorodnego, kasztanowego konia, zbliżył się do wartowników, zeskoczył z konia, złapał wodze w ręce i poprawił poły płaszcza.
– Witajcie panowie, niech światło Niebios spocznie na was i waszych domach. – przywitał się Eldgar i jak to miał w zwyczaju, skłonił się tak nisko, na ile tylko pozwalała mu zbroja i ciężki, futrzany płaszcz.
– Stać! – odezwał się jeden z wartowników, poprawiając uścisk na swojej halabardzie i niepewnie przyglądając się gościowi. – Skąd przybywasz i czemu zawitałeś w progi Graydawn? Nie potrzebujemy tutaj zawadiaków i rozbójników. To spokojna okolica – dodał po chwili, pociągając nosem i spluwając za siebie.
– Nie o takiej gościnności ludzi północy słyszałem. Słowa wasze są chłodne niczym nadchodząca zima, a ja jedynie szukam strawy i schronienia. A ten miecz? – powiedział Eldgar, wskazując dłonią na pochwę broni przywieszoną do siodła. – To moja obrona przez rzezimieszkami, którzy poprzysiągłem ścigać i od niewinnych ludzi odganiać. Jestem Eldgar, skromny sługa i z woli Niebios paladyn Braci Tarczowników. – odrzekł wojownik, a jego głos był twardy i stanowczy. W tym samym czasie wyciągnął zza połów płaszcza złoty amulet w kształcie słońca, który okazał obu wartownikom.
– Braci Tarczowników? – odrzekł niepewnie Kuhrt. – Skąd mogliśmy wiedzieć, wchodź panie. Nie często mamy tu takich gości, a na pewno nie o takiej porze roku. – dodał, prostując halabardę i odsuwają się nieco z przejścia.
– Prawda, jedyni przybysze z bronią to jeno łajdaki i rabusie. – dodał Johnan i również ustąpił drogi. – Wybaczcie nam podejrzliwość panie, nieciekawe czasy i nieciekawa pora.
– Już dajcie spokój, wszystko rozumiem. Niech was Niebiosa prowadzą.   – odpowiedział Eldgar, ponownie zasiadając na konia i spokojnie wjeżdżając do Graydawn.
Przywitały go puste ulice, pozamykane okiennice oraz świszczący, mroźny wiatr. Atmosfera była na tyle ponura, gęsta i niepokojąca, że Eldgar poczuł się niepewnie. Pierwszy raz od wielu dni czuł, że coś jest nie tak, a nad miastem zawisła jakaś niepokojąca siła. Jakby coś chciało otulić to miasto mrocznym całunem. Nie wiedział jednak co takiego specjalnego kryło się w murach Graydawn i dlaczego akurat ta mieścina była tak ważna.
Zanurzony w myślach udał się przed siebie na główny miejski plac, przy którym oprócz świątyni i ratusza, znajdowały się także liczne karczmy i zajazdy. Dzień chylił się ku zachodowi, a Eldgar nie widział sensu podróżowania północnymi ostępami w nocy. Cel jego pielgrzymki był mu nieznany, ale w głowie zrodziła mu się myśl, że być może jednak nie znalazł się w tym miejscu bez przyczyny. Postanowił znaleźć miejsce na odpoczynek, zjeść porządną strawę i zasięgnąć języka od miejscowych.
Jedna z karczm, skromnie nazwana „Przyczółek Wędrowców”, wydawała się Eldgarowi odpowiednia. Przywiązał konia, wziął plecak i juki, wsadził miecz do pochwy i wszedł do budynku po kilku drewnianych schodkach. Kiedy tylko otworzył drzwi, buchnęło w niego gorące, gęste powietrze wydobywające się z rozbuchanego kominka oraz tłoku jaki panował w głównej izbie. Paladyn rozejrzał się po sali i znajdujących się w niej podróżnych, którzy rozmawiali, pili, śmiali się albo grali w kości. Za szynkwasem stał karczmarz, który leniwie wycierał kufle do piwa. Od razu zobaczył wchodzącego Eldgara i skinął do niego, pokazując jedno z wolnych krzeseł stojących obok niego.
– Co podać? – zapytał wąsaty karczmarz, lustrując gościa z góry do dołu.
– Piwo, ciemne. – odpowiedział Eldgar, siadając na wskazanym miejscu i przyglądając się butelkom i słoikom porozstawianym na szafce za plecami gospodarza.
Karczmarz leniwie podszedł do jednej z podwieszanych beczek i nalał ciemne, niemal czarne piwo. Podał Eldgarowi i wyszedł na zaplecze. W karczmie zauważalnie przycichło, a siedzący tutaj ludzie coraz bardziej ściszali głosy i nachylali się ku sobie. Nie umknęło to uwadze tarczownika, jednak nie zamierzał robić z tym faktem niczego konkretnego. Spokojnie sączył piwo, zerkając tylko czy aby przypadkiem nikt nie pokusił się o pożyczenie kilku rzeczy z jego juk i plecaka. Po dobry kilkunastu minutach wrócił karczmarz i postawił przez tarczownikiem talerz gorącego mięsiwa z sosem, obsypanego kaszą i marchwią.
– To dla ciebie tarczowniku, na mój koszt. – powiedział karczmarz, siadając na krześle i wycierają spocone czoło szmatą wyjętą zza poplamionego fartucha.
– Dziękuję mości gospodarzu, niezwykły to uczynek. – odpowiedział zaskoczony nieco Eldgar i ze śliną na ustach zjadł całą porcję, nie zostawiając ani jednego okruszka. Wszystko to popił kolejnym kuflem piwa. – Karczmarzu, a powiedzcie mi. Co to u was tak gościna ucierpiała? Stało się co? – zapytał tarczownik, wycierając usta szmatkę i ściszając ton głosu.
– U nas? – zamyślił się karczmarz i rozejrzał po sali. – Zima idzie. Sroga w tym roku i wietrzna. Każdy ma dosyć. – odpowiedział po chwili namysłu i wrócił do polerowania kufli.
– Wiesz, że nie o to mi chodzi. – dopytywał Eldgar, jednak czuł że karczmarz nieskory jest do jakiejkolwiek rozmowy. W jego mniemaniu, wszyscy zwalali winę za sytuację albo na zimę, albo na bandytów grasujących na Północnych Rubieżach. Kątem oka dojrzał także kilku ludzi, którzy przyglądali mu się z dziwnym zainteresowaniem. Karczmarz od razu to zauważył i nachylił się Eldgarowi.
– Nie lubimy tutaj jak ktoś wtrąca się w nasze sprawy. Zwłaszcza przybysze z południa. Ludzie źle na to patrzą. – powiedział karczmarz, a jego twarz przybrała bardziej posępny wyraz. – Północna siła i niezależność. Rozumiesz. – dodał po chwili, jednak Eldgar wyczuł w jego głosie nutę niepewności.
– Macie pokój na wynajęcie karczmarzu? Płacę złotem. – zmienił nagle temat tarczownik i wyciągnął spod kolczugi sporych rozmiarów brzęczącą sakwę. – Na kilka dni, coś czuję że spędzę tu trochę czasu. Przy okazji odpocznę i przygotuję się dalszej wędrówki. – dodał po chwili.
– Oczywiście, znajdzie się jeden na poddaszu. – odpowiedział karczmarz i zniknął za drzwiami prowadzącymi do kuchni i na zaplecze.
Po dłuższej chwili gospodarz wrócił, przekazał Eldgarowi klucze i zaprowadził go na ostatnie piętro karczmy. Na poddaszu znajdowało się kilka pokoi, a jeden z nich przypadł właśnie jemu. Skromna, niewielka izdebka, wyposażona w drewniany stolik, szafkę, łóżko i dwa krzesła. Pościel wydawała się czysta i niezawszawiona, co nie umknęło uwadze Eldgara.
– Czysto tu macie karczmarzu, niespotykany widok. – powiedział Eldgar, chcąc podziękować gospodarzowi i dać mu do zrozumienia, że nie przybył w złych zamiarach.
– Oczywiście, staram się jak mogę. – odpowiedział niepewnie gospodarz, jednak po chwili wyjrzał zza drzwi, rozejrzał się i zamknął za sobą. – Kiedyś słynęliśmy z wielkiej gościnności i dobroci względem obcych. Ostatnimi czasu to się zmieniło, a miasto stało się jakby… – zasępił się karczmarz, szukając odpowiedniego słowa.
– Mroczne? – powiedział Eldgar, wskazując na krzesło i siadając przy stole. Karczmarz skinął głową, usiadł i wytarł ręcę w fartuch.
– Tak, tak jakby. Mroczne to dobre słowo. Większość ludzi stała się nieufna. Niepewna. W każdym teraz widzę złodzieja, bandytę, oszusta albo szarlatana. – kontynuował myśl karczmarz. – Owszem, czasy mamy niepewne, ale czy kiedyś były? Nigdy nam to nie przeszkadzało, a każdy podróżujący, skąd by nie przybył, zawsze był mile widziany. Teraz jednak, podejrzliwie się patrzy na tych z południa, z Królestwa. – dodał karczmarz, po czym oparł się na krześle i wyjrzał przez jedyne okno w izbie. Rozpościerał się z niego widok na piękną, kamienną świątynie ku czci Stwórcy.
– Macie jakieś podejrzenia gospodarzu? Stało się coś ostatnio? – zapytał Eldgar, również kierując wzrok na monumentalnie wzniesioną budowle.    – Piękna, nieprawdaż? Dzieło rąk ludzkich, wzniesione ku chwale Niebios. – dodał po chwili, przypatrując się jej z coraz większą uwagą.
– Czy coś się stało? Nie, raczej nie. – odpowiedział karczmarz niepewnie. – Chociaż… – zastanowił się mężczyzna, drapiąc się po łysej głowie.
– Chociaż? – odrzekł pytająco Eldgar, nie odwracając wzroku od świątyni.
– Niedawno przybył do Graydawn nowy kapłan, niejaki Greamdan. To będzie jakieś pół roku temu. Miał wspomóc i zastąpić schorowanego Wielebnego Athelstara. – odpowiedział. – Podupadł pleban na zdrowiu, a drugi kapłana, Faestorian zapadł się jak kamień w wodę. Pewnego dnia zniknął i nikt go nigdy nie widział. – wytłumaczył mężczyzna u prychnął, uśmiechając się delikatnie.
– Co w tym śmiesznego? Nie rozumiem. – zasępił się Eldgar i skierował wzrok na karczmarza, który skrzyżował ręcę na piersi i odrzekł pewnie.
– Pewnie uciekł z jakąś cycatą pięknością. Nie byłby to pierwszy taki przypadek tutaj. – powiedział karczmarz. – Tak czy inaczej, od kiedy pojawił się ten nowy, to ludzie jakoś częściej zaglądają do tej świątyni. – powiedział, skinąwszy głową w kierunku znajdującej się na zewnątrz budowli. – Niby nic, a jednak dość niespotykany widok. Nie wiem, czy ma to jakiekolwiek znaczenie, ale wielu mam tutaj gości i rozeznaję kiedy zmieniło się ich nastawienie. – dodał po chwili, wstając z krzesła.
– Już idziesz? – zapytał Eldgar.
– Tak, idę do gości, zanim jeszcze bardziej nabiorą podejrzeń. Odpowiedział karczmarz i ukłonił się nisko – Dobrej nocy i powodzenia. Może trafisz na jakiś ślad albo trop. – dodał wychodząc z pokoju, zamykając drzwi za sobą.
Tego wieczoru Eldgar długo nie mógł zasnąć. Otworzył okno, wyciągnął z plecaka długą, drewnianą fajkę, nabił aromatyczny tytoń i usiadłszy na lichym parapecie, zapalił. Wzrok skierował na górującą ponad wszystko świątynie. Im dłużej się jej przyglądał, tym bardziej miał wrażenie, jakby okrywał ją jakiś cień. Kiedy tylko tarczownik skupiał na nim wzrok, ten wydawał się rozpływać albo zanikać. Zaraz jednak pojawiał się w innym miejscu, a Eldgar próbował za nim podążać. Cała ta sytuacja wydawała mu się bardzo podejrzana, więc postanowił że przyjrzy się temu z samego rana. Zręcznie zeskoczył z okna, odłożył fajkę i położył się posłanie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *