Dzień chylił się już ku zachodowi, a nieśmiało gasnące słońce otulało pobliską dolinę bursztynowo-szkarłatnym całunem swoich promieni. W czarodziejskich oczach druida zjawisko to wyglądało niczym ogniste języki otulające drzewa i lasy, sprawiając jednocześnie wrażenie, jak gdyby chciały pochłonąć całą żyjącą przyrodę w swoich objęciach. Powietrze było ciepłe, jednak można było wyczuć nabierający na sile chłodniejszy wiatr, zwiastując rychłe nadejście nocy. Silaqui i Adraen zboczyli z głównego szlaku, aby w ciszy i spokoju przeczekać do rana, a następnie o brzasku wyruszyć w dalszą drogę. Nie spodziewali się napotkać żadnych trudności, jednak ostatnimi czasy nierozsądne było podróżować nocą po głównych traktach. Okoliczni mieszkańcy skarżyli się na coraz to bardziej bezczelnych łotrów, stwory o dziwnych kształtach i straszliwie jęczące upiory, które miały nawiedzać spokojną ongiś krainę. Niegdyś jeziora, zagajniki, łąki i polany pełne były zwierząt, pachnących kwiatów, świeżych ziół i leniwie płynących rzek. Dzisiaj natomiast, będąc ledwie widzialnym cieniem swojej wspaniałej przeszłości, leżą opustoszałe, pełne smutku oraz wszechobecnej pustki, rozbrzmiewając echem bez odpowiedzi.
Udali się więc do miejsca, wskazanego przez Silaqui, a którym okazała się niewielka jaskinia na szczycie wzniesienia, górującego nad rozpościerającą się poniżej leśną doliną. Kiedy tylko dotarli do jej wnętrza, Adraen od razu zauważył ślady rozpalanych w przeszłości ognisk oraz pozostałości czegoś, co mogłoby być niegdyś śpiworem. Gdzieś w kącie dostrzegł także kilka potłuczonych garnków i drewnianych skrzyń. Ewidentnie służyła łowczyni za bazę wypadową albo schronienie.
– No co tak patrzysz, nie zdążyłam posprzątać po ostatnim razie. – powiedziała nieco ironicznie łowczyni, ani na moment nie odwracając się w kierunku druida. – Mam nadzieję, że nasze warunki nie sprawią ci problemów. – Dodała po chwili, zrzucając na posłanie kołczan pełen strzał, opierając łuk o ścianę i wyciągając z torby krzesiwo, próbując tym samym wykrzesać nieco ognia.
– Ani trochę, nie przejmuj się. – odpowiedział z wymuszonym uśmiechem od niechcenia Adraen, zmęczony już uszczypliwymi docinkami Silaqui. Usiadł na ziemi obok ogniska, rozkładając w między czasie swój podręczny śpiwór i odkładając kostur. Nie udawał, że patrzy gdzie indziej, ale uważnie przypatrywał się swojej towarzyszce. Ta jednak wydawała się nie zwracać na niego uwagi, będąc do głębi skupioną na rozpalaniu ognia. Po kilku chwilach suche szczapy drewna buchnęły szkarłatnym promieniem, dając obojgu światło i otulając ich ciepłym całunem, jednocześnie sprawiając, że całe wnętrze niewielkiej jaskini stało się nieco bardziej przytulne. Kilka chwil później nad rozgrzanym ogniskiem przypiekał się upolowany kilka godzin wcześniej zając, pachnący ziołami, leniwie skwiercząc wytapianym w żarze tłuszczem.
Kolację spożywali w ciszy, każde zajęte sobie tylko znanymi sprawami. Adraen zerkał ukradkiem na Silaqui, która w jego oczach zdawała się być kobietą twardo stąpająca po ziemi i pragmatycznie patrzącą na świat. Przed snem zajęła się smarowaniem cięciwy, sprawdzaniem oraz ostrzeniem strzał, poprawieniem rzemieni na skórzni czy przeglądającą najmniejsze elementy swojego ekwipunku. Zajęło jej to dużo czasu, ale jej ruchy zdawały się być bardzo przemyślane i nadzwyczaj wyćwiczone. Kiedy już skończyła oporządzanie swojego ekwipunku, zerknęła na Adraena, biorąc jednocześnie łuk i strzały.
– Wezmę pierwszą wartę. – powiedziała zachowawczo, ale Adraen wyczuł w jej głosie nutę niepewności. Tak bardzo niepasującej do obrazu Silaqui, który przestudiował tego wieczora. – Tylko bogini wie co czai się w tych lasach pod nami. Za dużo widziałam, za dużo słyszałam. – dodała, wychodząc z jaskini i wspinając się gdzieś na wyżej położoną półkę skalną. Ku zaskoczeniu druida, Silaqui nachyliła się ku wejściu do jaskini, zwisając do góry nogami w taki sposób, że mężczyzna wiedział jedynie jej odwróconą do góry nogami głowę. – Aha, jeszcze jedno Adraen. – dodała z lekkim, szelmowskim uśmiechem. – Tutaj, jakieś dwa metry wyżej jest idealne stanowisko. Jak już przyjdzie twoja pora na wachtę, to wespnij się. Widoki są całkiem ładne, no i nic nas nie zaskoczy. – powiedziała, po czym zniknęła bez śladu, zostawiając Adreana samego z jego myślami, a dokładniej z jedną konkretną: po raz pierwszy nazwała go po imieniu.
To nie była spokojna noc. Przez pierwszą godzinę w ogóle nie mógł zmrużyć oczu, a przez kilka kolejnych przewracał się z boku na bok, nie mogąc znaleźć dla siebie odpowiedniego miejsca. Im dalej znajdował się od domu, a bliżej celu swojej podróży, tym trudniej było mu zasnąć i odpocząć. Czuł, jak przeznaczenie popycha go w kierunku wskazanym przez jego mentora, niekoniecznie dając mu czas na rozmyślanie, czy tym bardziej, wytchnienie. Cały czas miał przez oczami niedawny przecież sen, który dał mu jasno do zrozumienia, że tutejsza kraina straszliwie cierpi i z jakiegoś powodu on sam ma przyjść jej z pomocą. Jaką jednak rolę w tym wszystkim odgrywała w tym Silaqui? Dlaczego Elaena postawiła ją na jego drodze? Szukając odpowiedzi na te, ale także i inne kłębiące się w głowie pytania, Adraen w końcu zasnął. Upragniony odpoczynek jednak nie nadszedł, a obrazy które pojawiły się w jego głowie, przyniosły więcej pytań niż odpowiedzi.
Druid po raz kolejny stał pośrodku polany, jednak tym razem sny zabrały go przed niepozorne wejście do jaskini, pośród formacji skalnych, znajdujących się po wschodniej stronie doliny. Dookoła panowała cisza, niezmącona jakimkolwiek dźwiękiem. Jedynie ledwo słyszalne szepty wydobywały się z wnętrza pustki, która wypełniała skalne wejście. Adraen wziął głęboki wdech i wszedł do środka. Zanim jednak minął wejście do jaskini, narysował lewą ręką w powietrzu okrąg, który momentalnie przemienił się w różnokolorową bańkę, obejmująca całą jego postać. Kiedy zniknęła, druid wszedł do środka. W momencie przekroczenia progu, ogarnęła go wszechobecna ciemność i chłód – zimno przenikające do szpiku kości, a z jego ust zaczęła wydobywać się para. Adraen stuknął kosturem o kamienną posadzkę, a ciepłe, jasnożółte światło rozświetliło jego czubek, dając nieco blasku i rozświetlając nieprzeniknione, nienaturalne wręcz ciemności.
Zrobił kilka kroków naprzód, starając się zachować jak największą ostrożność. Z każdym kolejnym metrem, powietrze stawało się chłodniejsze, a szepty coraz bardziej przeszkadzały mu zebrać myśli. Szedł bardzo długo, w kompletnej czerni, a światło dobiegające z zewnątrz już dawno zniknęło rozproszone przez wszechobecną pustkę. Jedynie słabe światło jego kostura, rozświetlające nikłą przestrzeń wokoło druida, dawało jako taką orientacje w terenie. Stukające o kamienne podłoże buty rozbrzmiewały głuchym echem, a kamienny korytarz zdawał się nie mieć końca. Kiedy już stracił nadzieję na dotarcie dokądkolwiek, a jego ręce i nogi niemal zamarzły, ni stąd ni zowąd potknął się o jakiś przedmiot leżący na ziemi. Z trudem utrzymał równowagę, opierając się o swój kostur i próbując wyczuć ściany jaskini. Zaklął siarczyście pod nosem, po czym schylił się po obły, jak się po chwili okazało, przedmiot. Poświecił na niego kosturem, a jego oczom ukazała się ludzka czaszka. Odruchowo odrzucił ją przed siebie, a jej upadkowi towarzyszyło ciche chrupnięcie i gruchnięcie czegoś, w co trafiła. Młody druid, wspierając się na lasce, podszedł do tego miejsca i wyciągnął rękę. Jego dłoń trafiła na coś podobnego kształtem i wtedy to zauważył.
Dotarło do niego po czym chodził i gdzie się znajdował. Podłogą nie były kamienie i ubita ziemia, a rozsypane kości i czaszki. Ludzkie, zwierzęce i należące do kogoś albo czegoś, czego Adraen w życiu nie widział. Zdenerwowany odrzucił trzymane szczątki i odwrócił się, szukając jakiegokolwiek śladu drogi powrotnej. Nie znalazł jednak ani jednego punktu, który mógłby przybliżyć go do odnalezienia wyjścia. Nerwowo chodził wkoło, potykając się o porozrzucane kości. Miał również nieodparte wrażenie, że wystające szczątki rąk same chwytają go za nogi. W pewnym momencie zatrzymał się jednak, czując, że nie jest w tym miejscu sam. Krew zamarzła mu w żyłach, a włosy stanęły dęba. Poczuł na szyi oddech tak lodowaty, jak gdyby sama śmierć szeptała mu o ucha. Jak się okazało, wiele się nie pomylił. Odwrócił się powoli, przygotowując jedno ze znanych mu zaklęć ofensywnych, jednak to co zobaczył, sprawiło, że w zasadzie zapomniał o wszystkim co miał zamiar zrobić.
Stała przed nim Silaqui. Nie wyglądała jednak jak niedawno poznana łowczyni, a raczej jak żywy trup w ludzkiej skórze. Piękna uroda i wygląd zastąpiona została bladą cerą z czarnymi, zapadniętymi do środka oczami, a chuda i biała, niemal przezroczysta skóra, dodawały jej naprawdę strasznego wyglądu. Jednak prawdziwym zwieńczeniem tego koszmaru był… uśmiech. Nienaturalny, szeroki do granic możliwości uśmiech. Te upiornie wygięte, popękane usta, nie poruszyły się ani przez chwilę. Adraen odruchowo zaczął się cofać, tak mocno ściskając swój kostur, że niemal złamał go na pół. Co dziwne, demon nie poruszał się, tylko stał w miejscu, wlepiając swój piekielny wzrok w oddalającego się mężczyznę.
W tej samej chwili Adraen usłyszał głos, dźwięk rozbrzmiewający w jego głowie, który niemal rozsadzał mu czaszkę. Nie miał wątpliwości do kogo należy.
Adraen.
Adraen.
Chodź do mnie.
Druid cały czas szedł do tyłu, przyśpieszając kroku z każdym przebytym metrem, aż w pewnym momencie potknął się o jedną z wystających kości i przewrócił się na plecy. Szybko podniósł głowę i spojrzał w miejsce, gdzie jeszcze prze chwilą widział upiora, lecz ten… zniknął.
Adraen, obudź się usłyszał znowu w swojej głowie. Adraeeeen.
Podświadomie obrócił głowę w prawo i zobaczył ją. Wpatrzoną w niego swoimi pustymi oczodołami Silaqui, która w dalszym ciągu nie przestawała się uśmiechać. Jej blada ręką dotknęła jego ramienia, a on nie mógł nic zrobić. Próbował się odsunąć, ale nogi i ręce odmówiły mu posłuszeństwa. Łowczyni zaczęła szarpać go coraz mocniej, a on patrzył na nią jak zahipnotyzowany. Jej usta poruszyły się nagle, a w jego głowie znowu rozbrzmiał głos. Usłyszał go i stracił przytomność.
Adraen, obudź się. Obudź się!
Kilka sekund później otworzył oczy i zorientował się, że leży na rozłożonym kilka godzin wcześniej posłaniu, przy dogasającym już ognisku. Dotarło do niego także to, że stoi nad nim Silaqui, szarpiąc go za ramię. Odruchowo jednak przeturlał się na bok, krzycząc i odpychając ją rękoma.
– Adraen, obudź się, mamy problem. – powiedziała Silaqui, trzymając w ręku łuk. – Ogarnij się i przestań wrzeszczeć. Sprawy się skomplikowały – dodała, zerkając w kierunku wejścia do jaskini.