Karczma „Na Rozdrożu” nie słynęła z dobrej sławy. Swoją wątpliwą renomę zawdzięczała wszelakiej maści najemnikom, rozbójnikom i innym wędrownym mąciwodom, którzy obierali ją za swój cel podróży albo przystanek. Niekiedy nawet bardzo długi. Burdy, mordobicia, zawszone pościele, to tylko nieliczne z tutejszych atrakcji, toteż miejscowi i podróżni kupcy starali się omijać ten przybytek szerokim łukiem, wybierając przejście przez Bród Glaen’Elaender, nadkładając tym samym prawie dzień drogi.
Sama karczma znajdowała się przy głównym trakcie, na przecięciu Zachodniego i Północnego Gościńca, łączącego dwa duże, ludzkie królestwa. Miejsce to było względnie korzystnie położone, jednak z jakiegoś powodu przyciągało same najgorsze mendy. Niektórzy twierdzą, że to przez bliskość druidzkiej puszczy, inni zaś, że na tym miejscu ciąży jakaś klątwa, rzucona już w czasach wielkich wojen.
W ten słoneczny poranek, jak zwykle zresztą o tej porze, karczma wypełniona była po brzegi. Dosłownie, ponieważ zmęczeni życiem, oraz odpowiednią dozą alkoholu we krwi, podróżni zajmowali nie tylko położone na piętrze pokoje, ale także główną salę i każdy możliwy korytarz. Karczmarz w pocie czoła obmywał kufle, kielichy, talerze i resztę utensyliów, ganiając jednocześnie swojego młodego pomocnika i wydając kolejne polecenia i zlecając zadania do wykonania.
Przy jednym z drewnianych, okrągłych stołów siedziała młoda kobieta o niebieskich oczach i bardzo przenikliwym spojrzeniu. Ubrana była w skórzany pancerz, wzmacniany w kilku miejscach stalowymi ćwiekami, a także długi, ciemnozielony płaszcz z kapturem, który zakrywał jej niemal całą twarz. Przy boku zwisał miecz, a obok niej leżał łuk wraz z kołczanem wypełnionym strzałami. Co bardziej uważni dostrzegliby także niewielki sztylet, umieszczony w specjalnej pochwie, przytwierdzonej do cholewy wysokich, skórzanych butów. Przed nią, na stoliku, leżał talerz z suszonym mięsem, garścią owoców i kielich wypełniony tutejszym rarytasem – miodem pitnym. Oczywiście odpowiednio ochrzczony, jednak pomimo tego cieszący się niezwykle dobrą sławą.
Kobieta uważnie przyglądała się przebywającym w środku osiłkom, chłopom oraz wędrowcom, wyczekując czy aby któryś z nich nie chciałby się zbytnio spoufalić. Spokojnie zerwała z kiści kilka winogron, przegryzła kawałek suszonego mięsa, popijając to wszystko orzeźwiającym miodem. Poranek minąłby spokojnie, gdyby nie fakt, że kilku rosłych oprychów uważnie jej się przyglądało. Nie wyglądali na zbytnio kulturalnych, toteż łowczyni postanowiła wstać i wyjść z karczmy. Ze skórzanej sakwy wyciągnęła kilka monet i zostawiła na stoliku. Założyła łuk na plecy, przewiesiła kołczan i kilkoma sprawnymi ruchami ścisnęła rzemienie, poprawiając tym samym jego stabilność i wysokość. Idealnie, aby szybko wydobyć ze środka strzałę.
Kiedy tylko zrobiła kilka kroków, kątem oka zauważyła, że w sali zrobiło się dziwne pustawo, a sam karczmarz zniknął gdzieś na zapleczu. Jedynie kilkoro kmiotów, bardzo wczorajszych, siedziało nad dzbanem jakiegoś trunku i niczym nie zainteresowani upodlali się w ciszy, samotności i obojętności. Złapała za rękojeść miecza i spokojnym krokiem wyszła zewnątrz. O tej porze roku las pięknie się zielenił, a rozkwitające pąki kwiatów i zapachy przeróżnych ziół oraz roślin sprawiały, że w człowieka wstępowały dodatkowe siły witalne. Kiedy stanęła na ganku, rozejrzała się uważnie, a letni wiatr rozwiewał jej smoliście czarne włosy. Obejście tego zajazdu było nawet zadbane, a dość mocno przystrzyżony trawnik, piaszczysta dróżka znikająca gdzieś w leśnej gęstwinie, kilka wozów kupieckich i osobny zadaszony budyneczek przeznaczony do postoju koni, nadawały temu miejscu uroczy charakter. Oczywiście gdyby nie fakt, że kilkanaście metrów od niej stało pięciu kaprawych typów spod ciemnej gwiazdy, uzbrojonych po zęby jak gdyby wysyłani byli na front.
Jeden z nich, chyba jakiś miejscowy watażka, odziany był w długą, ciężką kolczugę, a w rękach trzymał potężną, okutą pałkę, kształtem przypominającą buzdygan. Dwóch innych, również okrytych żelaznymi pancerzami trzymało miecze, zaś ostatni dzierżyli tarcze i toporki. Wyglądali niezbyt przyjaźnie, a na domiar złego uśmiechali się w dość upiorny sposób. Łowczyni przystanęła na ganku i uważnie przyjrzała się oprychom. Kilku pewnie by pokonała, ale nie mogła sobie pozwolić na starcie na otwartej przestrzeni. W kilka chwil by ją otoczyli, a jej los byłby zgoła gorszy od śmierci. Sądząc po zaślinionym uśmiechu jednego z żołdaków, to na pewno nie śmierć była w ich planach.
– Panowie szukają pomocy? Zgubiliście się? – zapytała z przekąsem, bacznie obserwując podwórze.
– Ha! Ależ zadziora nam się znalazła! Chłopaki, będzie ostro! – zaśmiał się watażka, klepiąc jednego z towarzyszy po ramieniu. Chłopy od razu podłapali te słowa i wpadli w paskudnie brzmiący rechot.
– Nie ładnie panowie, nie ładnie. Dama pyta, a wy zachowujecie się tak niegodnie. – odpowiedziała z uśmiechem łowczyni, robiąc kilka kroków bliżej poręczy i schodów prowadzących na leśną ścieżkę.
– Króliczku, ty mi tu nie pyskuj. – odwarknął watażka ponurym głosem, najwyraźniej niezbyt zadowolony z postawy kobiety. – Grzecznie rusz tutaj swoje urocze dupsko i wyrzuć ten nożyk, bo jeszcze sobie zrobisz krzywdę. – dodał po chwili, uśmiechając się przy tym naprawdę paskudnie.
– Oho, jaki męski. Pewnie nadrabiasz sobie jakieś braki, prawda? Czy popisujesz się przed kolegami? – rzuciła łowczyni, splatając ręce za plecami i ukradkiem chwytając za łuk.
– Taka ładna, a tak szczeka. Za chwilę porozmawiamy inaczej dziwko! Oszczędzaj siły, szykuje się niezłe popołudnie. Agron, Tordek, bierzcie ją! – krzyknął do dwóch swoich ludzi, a ci natychmiast ruszyli w stronę kobiety, robiąc przy tym jakieś fikuśne wymachy mieczem. Nie śpieszyli się, co dało jej dużo czasu na zareagowanie. Nie docenili jej i bardzo szybko się o tym przekonali.
Jednym ruchem wyciągnęła łuk i naciągnęła strzałę. Szybkie przycelowanie, po którym powietrze przeciął głuchy świst. Pocisk trafił jednego ze zbirów prosto w głowę, a na jego twarzy malowało się niemałe zdziwienie. Osunął się na ziemie jak kłoda. Drugi niestety popełnił błąd, który kosztował go najwyższą cenę. Odwrócił się w stronę towarzysza i będąc zaskoczony wykrzyczał jakiś bełkot, sepleniąc i śliniąc się na potęgę. To była jednak ostatnia rzecz jakiej dokonał. Powietrze przeciął kolejny świst, a stalowy grot przebił mu głowę, topiąc się głęboko w jego mózgu. Upadł bez życia na swojego kolegę.
Pozostałe zbiry nie czekały na zachętę. Dwaj z nich, uzbrojeni w tarcze, zasłonili się przed strzałami i ruszyli ku wejściu do karczmy. Łowczyni przewidziała taki obrót spraw, dlatego podczas wymiany tych kilku nic nie znaczących zdań, ustawiła się w dogodnej dla siebie pozycji. Kiedy dwaj wojownicy zbliżyli się do niej, wskoczyła na niewielką poręcz okalającą wejście do karczmy i skoczyła, lądując między nimi, a ich szefem. Wyciągnęła miecz i szybkim ruchem wbiła go w plecy jednego z nich. Ten zawył z bólu i osunął się na kolana. Drugi jednak nie próżnował i nie popełnił błędu swoich kolegów. Zasłonił się tarczą przed nad wyraz sprawnym cięciem i spróbował kontratakować. Nastąpiła wymiana ciosów, a żadna ze stron nie ustępowała.
Stojący z tyłu szef tej bandy, szukał luki w obronie łowczyni. Co rusz zamachiwał się swoim buzdyganem, próbując powalić kobietę jednym, sprawnym ciosem. Ta jednak wydawała się nieuchwytna, a jej ruchy były tak płynne i wykonywane taką gracją, jak gdyby walczyli z pumą albo gepardem, a nie, jak im się wydawało, jakąś wioskową dziewką. Co jakiś czas przez karczemne okna wyglądali zaciekawieni gapie, jak nic robiący zakłady kto kogo pokona, i który zajmie się dziewczyną w pierwszej kolejności.
Wtedy stało się coś, na co żaden z obecnych nie był przygotowany. Pośród zgiełku i szczęku żelaza, dało się usłyszeć orli skrzek. Wielki, kasztanowy ptak krążył nad obejściem, jak gdyby przyglądając się toczącej się pod nim potyczce. Łowczyni wychwyciła ten dźwięk i odruchowo spojrzała w górę, co niestety sporo ją kosztowało. Jeden ze zbirów zamachnął się toporem, trafiając ją na wysokości ramienia, rozcinając skórznię, z której uszła czerwona posoka. Kobieta zasyczała z bólu, szybko jednak otrząsnęła się i z całej siły naparła na tarczę oponenta. Ten, zaskoczony jej ruchem, stracił równowagę, w jednej chwili zostając przygwożdżonym przez łowczynię. Sytuację tę wykorzystał jednak największy ze zbirów, który zamachnąwszy się swoją potężną maczugą, trafił ją prosto w zdrowe jeszcze ramię. Kobieta przeleciała jakieś dwa metry, z trudem łapiąc powietrze. Cios był tak mocny, aż dziw że ona to przeżyła.
Obaj zbójcy wydali z siebie okrzyk zwycięstwa i skierowali się w stronę swojej ofiary. Ich śmiechom towarzyszył odgłos latającego nad nimi orła, który po kilku chwilach zniknął wśród leśnej gęstwiny. Kobieta próbowała ich odpychać, broniąc się niezdarnie, ale ból w ramieniu był tak duży, że skutecznie uniemożliwiał jakiekolwiek złożone ruchy. Watażka kopnął ją z całej siły, co sprawiło że łowczyni zwinęła się z bólu.
– No, kwiatuszku, koniec zabawy. Zmęczyliśmy się, więc teraz przyszedł czas na przyjemności. Szkoda jednak, że tylko dla nas. – powiedział rosły zbir, uderzając ją pięścią w sam środek twarzy. Kiedy straciła przytomność, drugi z łotrów zaczął ją związywać. Spętaną ofiarę wrzucili na swój wóz, razem z truchłami martwych towarzyszy. Mniejszy z nich poszedł odwiązać konia, a watażka przymocował do siodła buzdygan i dosiadł swojego wielkiego, kasztanowego ogiera. – Grond, pośpiesz się z tym koniem, chciałbym jeszcze dzisiaj poćwierkać sobie z naszym skowronkiem, rącze babsko. – krzyknął do podwładnego ochoczo i ruszył w kierunku leśnej ścieżki.
– Tak jest, szefie. Robi się! – odpowiedział mężczyzna, prowadząc i przywiązując konia do drewnianego wozu. Kiedy obaj bandyci ruszyli obejściem w kierunku lasu, spostrzegli siedzącego na drewnianej furcie orła, który bacznie im się przyglądał. Skrzeknął po raz pierwszy, a było w tym dźwięku coś dużo bardziej dźwięcznego, aniżeli w zwykłym orlim nosie. Coś, co harmonijnym echem rozeszło się po okolicy.
– Głupie ptaszysko. – burknął watażkę, szarpiąc za wodze i nakazując koniowi ruszyć ścieżką w głąb lasu. Ten jednak parsknął i wierzgnął, a bandyta ledwo go utrzymał. – Cholerny koniu, co ty robisz! Uważaj! – niemalże krzyknął, ściągnąwszy wodze i nieudolnie próbując uspokoić swojego wierzchowca. Drugi koń także zaczął się wyrywać. Orzeł wydał z siebie ten sam dźwięk po raz drugi. W tej jednej chwili oba zwierzęta stanęły dęba, zrzucając z siebie jeźdźca i przewracając wóz, który z hukiem spadł na woźnicę, miażdżąc jedną z jego nóg. Oboje wrzeszczeli, jeden z wściekłości, drugi z niemiłosiernego bólu. Konie natomiast zerwawszy się z więzów, pogalopowały w las, w sobie tylko znanym kierunku.
Watażka wstał po chwili, otrząsnął się i, klnąc jak szewc, podszedł to towarzysza, próbując wyswobodzić go spod przewalonego powozu.
– Cholera z tymi końmi, co ich napadło? – mruczał pod nosem bandyta. – Co za dzień, co za gówniany dzień. Złapał za wóz, i napinając wszystkie możliwe mięśnie uniósł go lekko do góry, aby jego towarzysz mógł wyciągnąć zdruzgotaną nogę. – Możesz chodzić Grond? Jak to wygląda? – zapytał watażka, bynajmniej nie ze współczuciem. Zanim jednak uzyskał odpowiedź, na ramie wozu wylądował ten sam orzeł, który jeszcze chwilę temu siedział na drewnianej furcie. Rozwścieczony łotr, machał rękoma próbując odgonić nadgorliwe zwierzę. – Sio stąd, parszywe ptaszysko. Wynocha! – wrzeszczał, nieskutecznie starając się odgonić namolnego orła, który zręcznymi ruchami uchylał się przed uderzeniami.
Po kilku takich ciosach, Adraen znudzony przedłużającą się potyczką, przybrał swoją ludzką postać. Pod naporem zmieniającego się ciężaru, wóz upadł z powrotem na ziemie, drugi raz miażdżąc bandycie nogę. Tą zdrową tym razem. Watażka, przy akompaniamencie agonalnych krzyków swojego towarzysza, zaskoczony i przestraszony upadł na plecy, nie dowierzając czego właśnie był świadkiem. Druid zeskoczył z wozu i podszedł do leżącego na ziemi herszta.
– Wstań, twój towarzysz potrzebuje pomocy. – powiedział spokojnie, wskazując ręką na przygniecionego mężczyznę. Watażka wstał z rozdziawionymi ustami i oczami, podszedł do wozu i ponownie pomógł mu wykaraskać się spod wozu. Adraen podszedł w tym czasie i szepcząc słowa zaklęcia Y’nar Galanal! Raana’a Galanal!, wyciągnął z sakwy flakonik, odpieczętował i posmarował jego zawartością obie nogi bandyty. Z rąk druida spłynęło światło, tak jakby rozpływając się po ciele leżącego mężczyzny. Po kilku chwilach wszystko wróciło do normy, a cierpiący mógł normalnie stanąć na nogi.
– Czary… – wybełkotał oprych, łapiąc się i sprawdzając czy aby na pewno wszystko jest w porządku.
Watażka, który otrząsnął się już z całego zdarzenia, spróbował złapać druida za ramiona. Jego ruchy były jednak już byt wolne. Adraen uchylił się, wyszeptując kolejne zaklęcie i dotykając końcem kostura pleców watażki. Momentalnie spod jego nóg wystrzeliły korzenie i pnącza, które solidnie oplotły mu nogi. Mężczyzna nie mógł zrobić już ani jednego ruchu.
– Wypuść mnie, cholero jedna. Wypuść mnie! – krzyczał herszt, mogąc ruszać jedynie palcami i oczami. Kiedy jednak gadał i wrzeszczał, kłącza zdawały się wzmacniać uścisk.
– Nie radzę się denerwować. Bardzo tego nie lubią. – odpowiedział spokojnie Adraen, kierując wzrok na drugiego łotra. – A ty co powiesz? Z nogami wszystko dobrze? – powiedział z uśmiechem, takim nawet szczerym.
– Ja, yyy… tak, chyba tak. – wyjąkał mężczyzna, cofając się ostrożnie, niedowierzając całej sytuacji.
– Idź zatem do swoich, czy gdzie tam zmierzasz i zmień swoje życie. Dostałeś kolejną szansę. – odpowiedział Adraen, kłaniając się nisko. – Niech prowadzi cię Elaena! – dodał, unosząc prawą rękę.
– Wypuść mnie! Proszę! Zrobię co zechcesz! – wysapał watażka.
– Tak, w sumie masz rację, długo już tak stoisz. – powiedział Adraen, stukając kosturem o ziemię. W tej samej chwili korzenie i pnącza ustąpiły, ponownie znikając pod powierzchnią ziemi. Rosły bandzior upadł na ziemie, z trudem się podnosząc i łapiąc powietrze. Jego płuca zdawały się nadrabiać stracony w uścisku czas. – A teraz odejdź stąd i nie wracaj. – dodał po chwili druid, niewzruszony stojąc w tym samym miejscu.
– Tak, tak, oczywiście. – wysapał bandzior, udając się chwiejnym krokiem w stronę lasu. To było jednak dla niepoznaki. Kiedy tylko minął druida, zamachnął się, próbując złapać młodzieńca za płaszcz. Kiedy tylko go dotknął, poczuł jak jego skóra i twarz pokrywa się wrzodami, plamami i wypryskami. Momentalnie puścił czarodzieja, jednak choroba nie ustąpiła. – Na wszystko co złote, co to jest?! – wrzasnął bandzior, oglądając ręce i dotykając swojej twarzy, drapiąc się przy tym niemiłosiernie.
– Korzeń trzygłowa, grzyb nagrobny, ale dojrzały! Do tego trzy uncje sproszkowanych liści dębu, rumianku, szałwii i garść mchu leśnego. Podgrzewać, ale nie zagotować. – powiedział Adraen, podchodząc do wozu i rozwiązując więzy oplatające ręce i nogi łowczyni. Watażka niedowierzając i ciągle się drapiąc, uciekł do lasu i ani razu się nie obejrzał. – Tylko pamiętaj, żeby mech był z drzew! Nie z ziemi! Jak się pomylisz to ci tak zostanie! – krzyczał za uciekającym łotrem, ale nie był pewien czy ten go jeszcze usłyszał.
Rozwiązał więzy i wyszeptał to samo zaklęcie, które użył na przygniecionym mężczyźnie. Kiedy posmarował obolałe miejsca, kobieta momentalnie ocknęła się i usiadłszy na ziemi, złapała się za głowę. Po chwili przypomniała sobie co właściwie zaszło i zerwawszy się na równe nogi, rozejrzała się czujnie dookoła. Nie znalazła jednak ani bandyckiego herszta, ani jego towarzysza. Spostrzegła natomiast, że dwa martwe ciała leżą obok wozu, a jedno jeszcze na nim.
– Jestem Adraen, druid z Glaen’Elaena. Miło mi. – powiedział czarodziej i podał jej dłoń. Nie spodobał mu się jednak błysk w jej oku.
– Druid, a więc to dlatego… cholera by cię wzięła! Już prawie ich pokonałam! – powiedział rozżalona łowczyni, odtrącając jego rękę i przechodząc obok niego w kierunku gdzie leżał jej miecz i łuk z kołczanem. – Przyleciał ratownik od siedmiu boleści. Książę na koniu, czy tam innym orle. – dodała z przekąsem, kiedy nieco ochłonęła. Wsadziła miecz do pochwy i przewiesiła łuk przez ramię, ściągając rzemienie i paski. – Jeszcze zbroja do naprawy… – dopowiedziała łowczyni, przyglądając się uszczerbkom w pancerzu.
– Strasznie dużo mówisz jak na łowczynię, a wystarczyło podziękować. – uśmiechnął się Adraen i ponownie wyciągnął ku niej dłoń. Dziewczyna spojrzała na niego badawczo, a na jej twarzy w końcu zagościł uśmiech.
– Tak, masz rację. Wybacz mi. – odpowiedziała łagodnym już tonem, poprawiając kruczo-czarne włosy. – Dziękuję za opatrzenie ran, ale nie dziękuję za rozproszenie podczas potyczki z tymi padalcami. Jestem Silaqui Galond’el, łowczyni Klanu Wilka. – dodała z przekąsem, szczerząc się przy tym od ucha do ucha i kłaniając w pas.
– Łowczyni tutaj? – zapytał ze zdziwieniem Adraen, kątem oka spostrzegając, że coraz więcej gapiów wychodzi z karczmy i rozgląda się po obejściu. – Z resztą, nie rozmawiajmy o tym teraz. Myślę, że spłynęła na nas łaska Elaeny i to spotkanie nie jest przypadkowe. Z racji jednak na okoliczności mu towarzyszące, sądzę iż powinniśmy oddalić się z tego miejsca. – dodał po chwili, zarzucając na głowę kaptur.
– Też tak uważam, najpierw jednak rozliczę się z dobrodziejem karczmarzem i zapłacę mu za pomoc w posprzątaniu tego bałaganu, który nie z mojej winy narobiłam. To powiedziawszy, udała się szybkim krokiem w stronę karczmy, a obecni przy wejściu ludzie rozchodzili się przerażeni na boki. Po kilku minutach wróciła, przypinając sakiewkę z powrotem do skórzanego paska. – Co sprowadza tutaj druida? Myślałam, że siedzicie w swojej Dolinie i odprawiacie swoje rytuały? – zapytała Silaqui, przyglądając się uważnie młodemu Adraenowi.
– Jesteśmy bardziej mobilni niż ci się wydaje, droga Silaqui – odpowiedział tym razem Adraen z lekkim przekąsem i uśmiechem na twarzy. – Pozwól, że opowiem ci pewną rzecz, najpierw jednak udajmy się w stronę lasu. Towarzystwo łowczyni może okazać się wielce przydatne.
To powiedziawszy, ruszyli oboje ku drewnianej furcie, a gdy ją minęli, weszli w leśną gęstwinę, cały czas słysząc echo krzyków drapiącego się z bólu watażki.