(Nie)stracona nadzieja, cz. II

– Cholery można dostać z tymi idiotami. – Wrzasnął Andersson, rzucając teczki i stosy papierów na swoje biurko. Nerwowo kręcił się po kajucie z rękoma złożonymi na głowie, co chwila spoglądając na swoich zaufanych oficerów. – Jak ja mam spokojnie planować misję tego kalibru, kiedy motłoch kręci mi się po okręcie i zagląda w każdy kąt. Co to? Jakieś cholerne reality show? – Powiedział komandor, przypominając sobie jak we wściekłości wrzucił do zsypu kamerę satelitarną jednego z asystentów ksenobiologów. Ewidentnie nie spodobał mu się fakt nagrywania czegokolwiek przez kogokolwiek. Nic w tym dziwnego. Sam statek był przecież przeznaczony do misji specjalnych, a jego załogę stanowił starannie wyselekcjonowany personel. Oficerowie spokojnie czekali i słuchali. Doskonale rozumieli komandora, z reszta nie ma co się im dziwić. To zadanie od początku było jakieś takie… nie takie.
– Harper. – zatrzymał się Andersson i spojrzał na swojego oficera technicznego. – Idź do Jonesa i skalibruj energię okrętu tak, aby całą moc skierować na systemy maskujące i osłony. Podejście ma być ciche i sprawne. Zeskanuj całą powierzchnię placówki i wrzuć na mapę. Wykonać. – rozkazał Andersson.
– Tak jest komandorze! – zasalutował Harper, i odwróciwszy się na pięcie ruszył w kierunku wyjścia. Drzwi zamknęły się za nim z cichym syknięciem.
– Kovalsky, Smith. – zwrócił się do kolejnych oficerów. – Każcie chłopakom się przygotować i być w gotowości bojowej. Każdy ma być gotowy do akcji i w pełni sprawny. Smith, podaj chłopakom stymulanty i sprawdź integralność wszczepów. Tylko nie przesadzaj, narządy w końcu odmówią posłuszeństwa. – wydał polecenie komandor.
– Oczywiście, szefie! – odpowiedzieli równocześnie Kovalsky i Smith, salutując i wychodząc z jego kajuty.
– Salvini. – Andersson zatrzymał się przy swoim zaufanym saperze i specu od sytuacji beznadziejnych. – Ty wiesz co masz zrobić. Sprawdź mi to ustrojstwo, nasz „plan B”. Wszystko ma działać i być dopięte na ostatni guzik. Nie może zawieść. – powiedział komandor Thomas, patrząc Salviniemu prosto w oczy.
– Nie martw się komandorze, dopilnuje aby wszystko było jak należy. – odrzekł Salvini, salutując i uśmiechając się od ucha do ucha. – Jakby coś poszło nie tak, to zrobimy fajerwerki. – zaśmiał się i wyszedł z kajuty.
Komandor Andersson odprowadził go wzrokiem, po czym ciężko usiadł na krześle. W swoim życiu wykonał wiele trudnych i beznadziejnych zadań, ale to było jakieś takie… inne. Niewiele wiedział, niewiele było także do sprawdzenia. Przejrzał wiele baz danych Extranetu, ale wszystko co dotyczyło tej placówki zasłonięte było klauzulą tajności. Pomimo iż miał wysokie dostępy, jako oficer i komandor wojsk Przymierza Narodów Zjednoczonych, nie był w stanie pobrać żadnych dodatkowych danych. Thomas czuł wściekłość, ale także obezwładniającą bezradność. Jak miał zapewnić swoim ludziom bezpieczeństwo i bezbłędnie wykonać powierzone mu zadanie? Te i inne myśli zaprzątały mu głowę przez dłuższy czas, do momentu aż postanowił wziąć prysznic. Ściągając górną cześć munduru, przypomniał sobie o bransoletce, która dostał od swojej córki Susan. Wyciągnął ją i obejrzał z każdej strony. Moja mała Susan. Moja czerwono-włosa piękność pomyślał i schował z powrotem. Zrobię to dla ciebie.
Zrezygnowany przejrzał raz jeszcze dokumentację i udał się pod natrysk. Letnia, ciurkająca woda dała komandorowi chwilę wytchnienia. Odświeżywszy się, ubrał ponownie mundur i udał się do swojego nawigatora, porucznika Erckhardta. Minął na korytarzu kilku salutujących mu żołnierzy, grupę naukowców Przymierza oraz jakichś speców od robotyki i androidów. Gdy dotarł na mostek kapitański, poczuł ulgę. Był otoczony jedynie swoimi ludźmi, więc czuł się jak ryba w wodzie. Podszedł do kilku inżynierów, nawigatorów, zamienił kilka słów, przejrzał raporty, po czym udał się Erckhardta. Ten jak zwykle stał przy mapie gwiezdnej i skrupulatnie analizował trajektorię i tor lotu SSV Liberty.
– Witaj Erckhardzie, co nowego? – zapytał komandor, podchodząc i przyglądając się holograficznej mapie wyświetlonej na pokaźnych rozmiarów platformie.
– Komandorze – odpowiedział porucznik, salutując i odrywając się od mapy oraz swoich myśli. – Myślę, że czeka nas kilka, może kilkanaście godzin lotu. Kiedy służyłem w marsjańskim wojsku, latałem tędy wiele razy. Eskortowaliśmy statki handlowe, górników, polowaliśmy na piratów. Z tego co kojarzę, to mijaliśmy tę stację badawczą. – opowiedział Erckhardt, a na jego twarzy zagościło coś w rodzaju inspiracji i podniecenia.
– Marsjańskie wojsko… zawsze ciekawił mnie ten wpis w twoich aktach. – odrzekł komandor z nieukrywaną ciekawością. – Nie mniej, czy wiesz coś, co może nam pomóc? – zapytał Andersson, spoglądając na mapę i holograficzny skan placówki.
– Nie za bardzo komandorze. Wiem tylko gdzie znajdują się hangary i lądowisko, które moglibyśmy wykorzystać. Dałem współrzędne Jamesowi. Powiedział, że spróbuje wprowadzić nas niezauważenie. Dalej nie wiemy jednak czy bariery kinetyczne albo inne zabezpieczenia są w pełni funkcjonalne. – zmartwił się Erckhardt, a pomarszczone czoło wskazywało na to, że intensywnie myśli o całej tej akcji i analizuje wiele zmiennych. – Nie wiemy co stało się z ekipami ratunkowymi ani co zostało aktywowane na tej stacji. To jest jedna, wielka niewiadoma. – dodał po chwili.
– Nie dowiemy się tego, dopóki tam nie polecimy. Erckhardt, monitoruj trasę i informuj mnie na bieżąco. Moja drużyna będzie w gotowości i ruszymy, kiedy tylko stacja znajdzie się w zasięgu naszych czujników i sensorów. – odpowiedział komandor, patrząc już nie na mapę, ale na nieprzebytą, czarną przestrzeń układu słonecznego otaczającą ich statek, wyświetlającą się na specjalnych ekranach wizyjnych. Gdzieś w tej nieprzeniknionej ciemności znajdował się ich cel – wojskowa placówka badawcza Przymierza Narodów Zjednoczonych. Ta cholerna stacja, o której nikt nie chciał nic powiedzieć.

***

Komandor proszony na mostek! Komandor Andersson proszony na mostek! ¬– mówił głos nawigatora Erckhardta, wydobywający się z trzeszczącego interkomu pokładowego zawieszonego w kapitańskiej kajucie. Thomas wstał z łóżka i odłożył na biurko cyfrowy czytnik danych. Podszedł do drzwi, a te natychmiast otworzyły się z cichym syknięciem. Udał się długim korytarzem, na końcu którego otworzyło się kolejne przejście. Znalazł się w sali, która była mesą dla personelu statku SSV Liberty. Na mostek wjeżdżało się windą, jednak komandor Andersson udał się najpierw do sali treningowej i siłowni przeznaczonej dla żołnierzy. Kiedy tam wszedł, ujrzał swoich ludzi ćwiczących na przyrządach i wytężających swoje mięśnie do granic możliwości. Kiedy tylko zorientowali się, że na siłownię wszedł komandor, wszyscy jak jeden mąż ustawili się w szeregu na baczność.
– Spocznijcie Panowie. – powiedział kapitan, stając naprzeciwko nim. – Powoli zbliżamy się do naszego celu. Sprawdźcie broń, sprzęt, wszczepy oraz wasze pancerze. Wszystko ma być sprawne i przygotowane. Pozostańcie w gotowości bojowej. – rozkazał Andersson
– Tak jest komandorze! – odpowiedzialni żołnierze.
– Czekajcie na rozkaz na dolnym pokładzie, tuż przy wahadłowcu transportowym. Przyjdę do was, gdy będziemy gotowi do zrzutu. Odmaszerować. – powiedział komandor.
– Tak jest! – odpowiedzieli żołnierze, a oficerowie pokierowali swoje oddziały do magazynu zbrojeniowego.
Komandor Andersson wyszedł z sali i udał się prosto na mostek kapitański. Kiedy tylko otworzyły się drzwi, podbiegł do niego nawigator Erckhardt.
– Komandorze, jest pewna sprawa. Wydaje mi się, że misja właśnie się skomplikowała – powiedział roztrzęsionym nieco głosem nawigator.
– Co się dzieje Erckhardt? Asteroidy postanowiły pomachać przez nasze okienka? – odpowiedział Andersson, uśmiechając się i puszczając nawigatorowi przysłowiowe oczko.
– Gorzej komandorze. Nasze skanery wykryły niezamaskowane obiekty, najprawdopodobniej inne jednostki kosmiczne. – powiedział Erckhardt, ale w jego głosie nie było słychać ani krzty spokoju.
– Nic dziwnego, dowództwo wysyłało przed nami inne jednostki ratunkowe. – odpowiedział komandor, stając z nogi na nogę i zauważalnie się niecierpliwiąc.
– Komandor pozwoli, pokażę coś. – odrzekł nawigator, po czym udali się do jednego ze stanowisk, przy którym pełno było monitorów, ukazujących różne parametry, obrazy i dane. – Proszę spojrzeć tutaj.– Erckhardt wskazał palcem jeden z ekranów, gdzie zauważyć można było dane zeskanowanych obiektów. Andersson już chciał machnąć ręką, ale kiedy wczytał się w informacje zawarte w raporcie, pobladł i mimowolnie zacisnął pięści.
– Co… co to ma znaczyć? Jak to możliwe? – powiedział Andersson, a jego twarz okrył cień wzburzenia. – Czy dowództwo zostało poinformowane? – komandor niemal krzyknął w kierunku swojego nawigatora, a ten omal nie przewrócił się, zaskoczony zmianą nastawienia dowódcy.
– Tak komandorze, tak. Wysłaliśmy raport rządowym łączem ekstranetu. Priorytet pilny. Kod Alfa 456. – odpowiedział Erckhardt, przełykając głośno ślinę i kurczowo ściskając swój cyfrowy czytnik.
Andersson spojrzał raz jeszcze na ekran monitora, po czym szybkim krokiem podszedł do pilota swojej Liberty – Jamesa Scotta. Potocznie zwanego Asem.
–   As, natychmiast włącz systemy maskujące, przekierowując dodatkową moc z silników i dział Liberty. Dryf cichy, żadnych gwałtownych manewrów, zarządzić ciszę na pokładzie. Mamy podlecieć cichuteńko i niezauważeni przez nikogo. – rozkazał Thomas, spoglądając na wielki cyfrowy ekran, przez który rozpościerał się przepiękny widok na kosmos i stację badawczą Przymierza. To co zwróciło jego największą uwagę, to dwa statki zakotwiczone przy placówce. Co najgorsze jednak, to fakt, że należały one do dwóch prywatnych korporacji: Exo-Tech i XenoGenetic. To nie mogło wróżyć nic dobrego.
– Komandorze, jeżeli mogę coś powiedzieć – powiedział Erckhardt, stając koło Anderssona i wpatrując się w widok wyświetlony na wielkim ekranie. – Statek Exo-Tech i XenoGenetic zakotwiczony został pomimo sprzeciwu placówki, nie reagując na ostrzeżenia służb bezpieczeństwa. Statkom udało się dobić do placówki i najprawdopodobniej dostać do środka. Przechwyciliśmy dane ostatniego raportu przesłanego extranetem do Przymierza. Uwzględniając czas z jakim doszły one na ziemię, jest bardzo prawdopodobne że minęło dobrych kilka tygodni. – przedstawił raport sytuacyjny Erckhardt, przekazując komandorowi czytnik z danymi.
– Dziękuję Erckhardt. Idę do swoich ludzi, do tego czasu przejmujesz dowodzenie nad Liberty. Zachowamy też ciszę radiową, będę porozumiewać się z drużyną wyłącznie poprzez wbudowane w hełmy komunikatory krótkiego zasięgu. Jeżeli nie damy znaku życia w ciągu dwóch godzin, macie odlatywać. – odpowiedział zdawkowo, wręczając zaskoczonemu nawigatorowi czytnik i klepiąc go po ramieniu. – As, podprowadź nas najbliżej jak się. Ja udam się już do moich ludzi. – odrzekł na koniec i udał się do magazynu zbrojeniowego, aby przygotować się do akcji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *