Ciemna i złowroga moc wypełniała rzeczywistość wokół Ayraen Ornn ze wszech stron. Brutalna, nieokiełznana, pierwotna potęga wyciągała ku kobiecie swoje eteryczne ręce, niczym macki ośmiornicy chwytające niczego niespodziewającą się ofiarę. Swoją istotą i nieuchwytnością zdawała się wypełniać wszelką materię otaczającą młodą Jedi. Rośliny i zwierzęta, ziemia i woda, a nawet powietrze przepełnione były nią po brzegi, jak gdyby kłaniając się przed siłą mogącą w każdej chwili zmiażdżyć ją swoją myślą i wolą.
Myśli jakie miała Ayraen, wizje jakie roztaczała przed nią ta mroczna aura osłabiały ją, ale mimo wszystko młoda strażniczka szła dalej przed siebie, coraz bardziej zagłębiając się w skaliste ostępy planety, na której się znajdowała. Kamienie chrzęściły pod jej skórzanymi butami, a wiatr wiejący jej prosto w twarz, zdawał się krzyczeć do niej „zawróć”. Raz po raz wydawało jej się, że widzi purpurowe żyły energii oplatające przestrzeń wokół niej, jak gdyby stanowiły niematerialny krwiobieg planety, albo mięśnie podtrzymujące i spajające ludzki szkielet. Wiedziała, że to miejsce syci się mroczną energią, ale myśl ta nie dawała jej spokoju. Przez chwilę wydawało jej się, że to właśnie ta pradawna moc pożywia się planetą i spaja ją, oplątując niczym ciernie, znajdując każdą szczelinę i wypełniając sobą całe tutejsze stworzenie.
„Nie ma emocji, jest tylko spokój” powtarzała bezustannie słowa kodeksu, starając się kształtować i wpływać na otaczającą ją moc. Zadanie to nie było łatwe i Ayraen doskonale to wiedziała. Ciemna strona była tu silna, czuła to całą sobą, i to właśnie ona dyktowała warunki młodej Jedi. To właśnie ona, nieokiełznana i pradawna, otwierała i zamykała ścieżki swojej planety, prowadząc strażniczkę za rękę tak samo, jak macocha ciągnie za sobą nie swoje dziecko. Ayraen to wiedziała, Ayraen to czuła, a jednak poddawała się temu i pozwalała sobą kierować. Doskonale zdawała sobie sprawę, że innej możliwości nie ma. Nie chciała zostać kolejną ofiarą, następnym glinianym naczyniem, ze środka którego energię do życia czerpie planeta Nexxo i władająca nią eteryczna potęga.
Miała swój cel i swoje zadanie. Planeta to wiedziała i niejako prowadziła Ayraen po sobie tylko znanych ścieżkach i drogach. Kilka godzin forsowanego marszu, górskiej wspinaczki i przedzierania się przez zatopioną w cieniu puszczę. Taka była cena dla Ayraen.
Zdyszana, wyczerpana strażniczka przyklękła na niewielkiej polanie pośród bezmiaru pradawnej dziczy, starając się wyciszyć umysł, emocje, myśli i skupić się na mocy. „Nie ma chaosu, jest harmonia” dźwięczały jej w głowie echem kolejne wersety kodeksu, jak gdyby przytłumiony, zakryty płachtą świątynny gong, który nie może rozbrzmieć w pełnej swej okazałości.
Zamknęła oczy. Otworzyła się na moc i pozwoliła sobą kierować. Otaczająca ją ciemność zdawała się być nieprzenikniona i nieskończona. Była tylko ona i Ayraen, spokojna i opanowana. Najpierw pojawił się niewielki ślad, niczym biała nić od kłębka, rozwijająca się coraz bardziej i coraz dalej. Następne pojawiły się kształty, cienie i desenie. Najpierw niewyraźne, potem coraz żywsze, a na końcu ostre i wyraziste niczym beskarskie ostrze, wytworzone z najczystszego kruszcu. Widziała teraz wszystko. Widziała mocą.
Wstała, poprawiła poły płaszcza, zaciągnęła kaptur zakrywający jej jasne, długie włosy i smukłą, młodą twarz. Chociaż oczy miała zamknięte, doskonale wiedziała dokąd iść. Prowadziła ją siła, ale nie ta mroczna, dzika i nieokiełznana. To była jej Moc, czysta i harmoniczna. Rozbrzmiewała dookoła echem niczym wiosenna pieśń natury, rozpychając się we wszystkie strony, walcząc o każdy centymetr materii, naprzeciw sobie mając zaborczą, nieustępującą kakofonię brutalnej, pierwotnej siły. Tak jak mysz uciekająca i skrywająca się przed sokołem, tak Ayraen podążała naprzód, skutecznie opierając się podszeptom otaczającej jej ciemności.
Nie wiedziała kiedy i nie do końca wiedziała jak, ale dotarła, tak przynajmniej jej się wydawało, do celu swojej podróży. Całą sobą czuła, że to jest miejsce, w którym powinna się znaleźć. Niewielka skalista dolina, pośród której majestatycznie wznosiła się kamienna budowla, opierająca się o skalne masywy, wiekiem dorównująca najstarszym przodkom ludzkości i pierwszym użytkownikom mocy.
Ayraen wzięła głęboki wdech, wypełniając płuca świeżym powietrzem. Ruszyła powoli, ostrożnie stawiając krok za krokiem. Rozglądała się na boki, starając się wyczuć nawet najmniejszy ruch albo najcichszy szept. Droga była prosta i równa. Z czasem piaszczysta ścieżka ustąpiła kamiennym płytom, a te zaprowadziły strażniczkę na skraj kilkumetrowej przepaści, oddzielającej drogę od wejścia do budowli. Ayraen delikatnie stanęła na krawędzi i lekko się przechylając, spojrzała w dół. Potężna bruzda, rana na ciele planety ciągnęła się bez końca, stanowiąc nie lada przeszkodę dla każdego, kto chciałby przez nią przejść. Nie było jednak innego przejścia, a Jedi wiedziała o tym doskonale. Cofnęła się kilka kroków i biorąc potężny rozpęd, dała się ponieść mocy, lecąc niczym na skrzydłach wiary. Wylądowała na lekko ugiętych nogach, odruchowo łapiąc za rękojeść miecza. Towarzyszyła jej jednak jedynie pustka rzeczywistości i pełnia mocy wypełniająca każdy zakamarek tego miejsca. Nie wyczuwając zagrożenia, ruszyła dalej, dochodząc do potężnych schodów.
Kiedy znalazła się u wejścia do budynku, sięgnęła do sakwy przytroczonej do paska i8 wyciągnęła z niej malutki przedmiot o metalicznym połysku. Urządzenie zeskanowało najbliższy teren i po kilku chwilach wyświetliło holograficzną mapę doliny i wnętrza tajemniczej budowli. Jedi dokładnie przestudiowała hologram i szybkim ruchem schowała skaner z powrotem do sakwy. Wyciągnęła holokomunikator, ale ten cały czas milczał, wydobywają z siebie jedynie delikatny szum.
Wejścia do budynku strzegły dwa olbrzymie kamienne posągi, przedstawiające zakapturzone postaci, z rękoma złożonymi na piersi. Ayraen widziała ich kilka na planetach Tythoon i Jedha, jednak te były nieco inne, bardziej niepokojące. Nie wiedziała co z nimi jest nie tak, ale czuła, jak obecna na planecie moc przeplata się i wypełnia całą przestrzeń dookoła, jak gdyby chciała zmienić strukturę oraz kształt każdego z atomów, z jakich zbudowane były posągi i całe to miejsce.
Ostrożnie minęła tych niemych strażników i przeszła przez ogromny, ozdobny portal, w którym od wieku nie było żadnych drzwi. Wejście znaczyły znaki i pismo, którego Ayraen nie znała, ani nawet nie pamiętała żeby czytała o nich w archiwach świątyni Jedi na Tythoon. Ponownie wyciągnęła skaner, starając się zdobyć jak najwięcej danych. Mistrzowi Kara Fane na pewno się spodoba pomyślała, chowając urządzenie do sakwy.
Ruszyła przed siebie, zanurzając się w ciemności wnętrza budowli. Jedynym źródłem światła była dziwna krystaliczna materia, która zdawała się wchłaniać wszechobecną moc, emanując delikatnym purpurowym światłem. Na myśl przychodzą kryształy Kyber, jednak tutaj było to coś zupełnie innego. Bardziej organiczne, bardziej żywe. W pewnym momencie Ayraen miała wrażenie, że ta krystaliczna forma podąża za nią i rozrasta się, oświetlając kolejne pomieszczenia, sale i korytarze. Nie była jednak agresywna. Sprawiała wrażenie zaciekawionej celem wędrówki młodej Jedi, albo prowadziła ją w konkretne miejsce. Jakby żyła swoim życiem, jakby to był mech porastający kolejne drzewa.
Ayraen dotarła do wielkiej, okrągłej sali. Była wysoka na kilkanaście metrów, a pośrodku niej unosił się bezdźwięcznie holokron, kształtem przypominający dwunastościan foremny. Wykonany był ze szlachetnego metalu, bardzo przypominającego złoto. W centrum każdej ze ścian znajdowały się liczne wzory i ornamenty, wypełniając sobą powierzchnię całego holokronu.
Jedi podeszła ostrożnie, czując jak moc wzbiera na sile w tym miejscu. Widziała esencję planety, tą pierwotną, brutalną Moc, która próbuje niemal wgryźć się w lewitujący przedmiot. Ten jednak stoi niewzruszony, ochraniany zupełnie przeciwstawną siłą, harmonijną energią Jasnej Strony Mocy. Słabnącą przez wieki, ale wciąż odpierającą potęgę Ciemnej Strony.
– Ayraen, nareszcie przybyłaś. Długo kazałaś na siebie czekać. – powiedział nagle męski głos, a Ayraen obróciła się przez ramię, karcąc się za nierozważność. Sięgnęła odruchowo do rękojeści miecza, jednak wnet się uspokoiła i rozluźniła na widok mówiącego.
– Nie spodziewałam się spotkać tutaj nikogo oprócz echa zamierzchłej przeszłości. – odpowiedziała Ayraen, zrzucając z głowy kaptur swojego płaszcza.
– Dziękuję, że odpowiedziałaś na moje wezwanie oraz za to, że mnie tu odnalazłaś. – powiedział mężczyzna, ukazując Ayraen swoją twarz, tak bardzo zmienioną od ostatniego spotkania z młodą Jedi. Zniekształconą bruzdami, zagojonymi ranami i oczami, które nie były tymi, jakie zapamiętała strażniczka.
– Twoja twarz… co się stało? Dlaczego mnie wezwałeś na Nexxo? – zapytała, nie ukrywając zdziwienia, ale także zaniepokojenia.
– Nie bój się, to ja. To jestem cały czas ja. – odpowiedział głosem, którego dźwięk niemal wbijał się w umysł Ayraen, oplatając jej myśli i wolę. Młoda strażniczka od razu to wyczuła, ale ciężko było jej się skoncentrować, żeby odeprzeć telekinetyczną manipulację. Widziała jak ciemna energia planety wzbiera w tym miejscu, niemal wgniatając ją w podłogę. Ayraen mimowolnie upadła na chłodną, kamienną posadzkę, z trudem łapiąc oddech.
– Ayraen, chodź ze mną. Nie opieraj się mojej mocy. – powiedział mężczyzna, wyciągając ku niej swoją rękę.
– Mistrzu… coś ty zrobił… – odpowiedziała Jedi, ciężko dysząc i na ślepo szukając rękojeści swojego miecza.
Wtedy straciła przytomność.