(Prolog) Ramòn de Fuco, do usług!

– Ramòn de Fuco, do usług! – powiedział szczupły, wysoki mężczyzna, o długich kruczo-czarnych włosach i przenikliwym spojrzeniu, zginając się jednocześnie w głębokim ukłonie – Wznieśmy toast za udana współpracę! – dodał i usiadłszy, uniósł miedziany kielich, który po brzegi wypełniony był czerwonym winem.
– Zobaczymy, Panie Ramòn, zobaczymy… – dodał otyły mężczyzna, który siedział z Ramònem w karczemnym alkierzu, również wznosząc kielich – Ale zapłata będzie po robocie – powiedział i wypiwszy winny napój, sięgnął po chusteczkę do kieszeni, którą przetarł mocno spocone czoło.
– A i nie będzie ona taka mała, skoro nasz cel jest pilnie strzeżony – odpowiedział Ramòn, siadając i sięgając po leżący na stole dzban. Kiedy napełnił oba kubki winem, sięgnął do kieszeni swojej skórzanej kamizelki i wyciągnął z niej długą, drewnianą fajkę wraz z porcją najlepszego tytoniu jaki rósł w tych południowych krainach – Zapali pan? Panie… – dodał i spojrzał na swojego zleceniodawcę, pykając jednocześnie fajkę oraz wypuszczając pierwsze kłęby dymu.
– Vigo Mortello de Foualè. I nie, nie palę tego świństwa. A co do ceny, to proszę się nie martwić. Jak dostanę to czego chcę, to sowicie za to zapłacę. Weksle czy złoto? – powiedział, sięgając po kufel i jednym haustem opróżnił jego zawartość.
– Tylko złoto, żadne weksle. Nie bawię się w papierki bez pokrycia – odpowiedział Ramòn, odchylając się na krześle i opierając obie nogi na stół
– Nie tym tonem Ramòn, nie jestem twoim kolegą i nie mam zamiaru się tutaj spoufalać. Dostaniesz swoją zapłatę, a teraz żegnam. Masz mi dostarczyć to co chcę. Dzisiaj będzie miała miejsce egzekucja, więc do roboty. Spotkamy się jutro o tej samej porze i w tym samym miejscu – powiedział Vigo ozięble i bez żadnych pożegnań wstał od stołu i wyszedł z alkierza zostawiając Ramòna samego.
– Cała przyjemność po mojej stronie, panie de Foualè… – powiedział już sam do siebie Ramòn, sącząc wino i pykając w spokoju fajkę. Z karczmy dobiegały głosy i śpiewy spitych mieszczan, wrzaski karczmarza popędzającego swojego pomocnika oraz kłótnie kupców, którzy nawet przy piwie nie potrafili się nie targować. Kiedy tylko Ramòn dokończył wino ze swojego kufa, położył kilka velinów na stół, wysypał resztkę tytoniu i schowawszy fajkę do specjalnie wszytej dla niej kieszeni w kamizelce, szybkim krokiem wyszedł na zewnątrz.
Na ulicy miasta panował wielki tłok. Ludzie przemieszczali się to w jedną, to w drugą stronę, załatwiając swoje sprawunki. Różnorakie wozy przejeżdżały koło siebie, a ich woźnice tylko wrzeszczeli na kręcący się pod kołami motłoch i mieszczaństwo. Karczma znajdowała się w bogatszej dzielnicy i od jej wejścia rozpościerał się widok na miejski kanał rzeczny, który wijąc się wokół ulic, służył za trakt transportowy i turystyczny. Ramòn przeszedł kilka kroków i oparł się o poręcz. Kilka metrów od niego, znajdował się jeden z dziesiątków kunsztownie rzeźbionych mostów, które łączyły wiele Venockich ulic i dzielnic. Co jednak najważniejsze, przed łotrzykiem rozpościerał się widok na wielki, wybielany i bogato zdobiony pałac Doży Venockiego. Ten sam, którego skarbiec miał zostać wkrótce uszczuplony. Dziwne, że Vigo chce tylko taką jedną, małą rzecz. Skarbiec Doży zawiera przecież takie niezliczone skarby pomyślał Ramòn, naciągając workowatą, zieloną czapkę na głowę i zarzucając pelerynę na prawe ramię. Czas przejść się na spacer mruknął pod nosem i ruszył przed siebie w stronę pałacu.
Południowa pora była idealna na rekonesans. Tłok na ulicach skutecznie umożliwiał wtopienie się w tłum mieszczan, a i sam pałac był miejscem ogólnodostępnym – przynajmniej w jego przedniej części. Wejścia na dziedziniec pilnowało czterech uzbrojonych halabardzistów, jednak za dnia brama była otwarta. Zamykano ją jedynie w późnych godzinach wieczornych. Ramòn bez trudu dostał się na dziedziniec i szybko schował się pod arkadami. Starał się znaleźć wejście dla służby, albo jakiekolwiek inne pomieszczenie, które nie byłoby pilnowane przez straże Dożów. Po kilkunastu minutach łotrzyk znalazł wejście do pałacowej kuchni, skąd jak mniemał, będzie możliwość przedostania się na inne kondygnacje. Jego kontakt, którym był jednym ze służących, oddał mu w plan, na którym naszkicowany był rozkład pokoi, komnat i innych pomieszczeń.
Przyglądając się rozmieszczeniu halabardzistów i kuszników, Ramòn dostrzegł kątem oka, że na dziedzińcu zbiera się pokaźny tłum ludzi. Dzisiaj wieczorem miała mieć miejsce egzekucja miejscowego kupca, który oszukiwał poborców podatkowych i swoich klientów. Całe miasto miało przybyć na to widowisko, jako że była to niekiedy jedyna atrakcja mieszkających tutaj ludzi. Oczywiście, przy okazji skutecznie odstraszająca od jakichkolwiek prób łamania prawa. Idealnie, w spokoju będę mógł przedostać się do środka powiedział w myślach Ramòn i nie tracąc ani chwili, wyszedł z dziedzińca wróciwszy do swojego wynajętego pokoju.

***

Wieczorem miasto rozbłysnęło ciepłym światłem lamp, zapalonymi przez kilkudziesięciu latarników miejskich. Ramòn spakował najpotrzebniejsze rzeczy do lekkiego plecaka i założywszy strój parobka ruszył w kierunku pałacu. Gdy tam dotarł, egzekucja miała się właśnie odbyć. Sam Doża Venocii, Larando Dora de Trabonieu, pofatygował się osobiście aby odczytać akt oskarżenia i napluć złoczyńcy na twarz. Normalnie tego nie robi, ale z jakiegoś powodu poczuł się bardzo urażony faktem, że członek tak dostojnej Gildii Kupców Venockich, mógł dopuścić się tak haniebnych czynów. Sam Larando był człowiekiem bezpośrednim, często okrutnym i wprost uwielbiał okazywać swoją władzę – czy to dominując słabszych, czy to obwieszając się kilogramami złota i kamieni szlachetnych. Nic więc dziwnego, że potrafił wykorzystać nawet publiczną egzekucję do emanowania swojej wyższości.
Ramòn wykorzystał zamieszanie spowodowane tym widowiskiem i szybkim krokiem wszedł do pałacowej kuchni. Krzątało się tam kilka osób ze służby, ale nikt nawet nie zwrócił na niego uwagi. Minął wielkie palenisko, nad którym gotował się wyśmienicie pachnący gulasz, przeszedł pomiędzy stołami wypełnionymi warzywami, owocami, mięsiwem i najróżniejszymi przyprawami i otworzył drzwi, które według planu miały zaprowadzić go na mniejszy dziedziniec, skąd już tylko kilka pięter oddzielałoby go od skarbca Doży. Na jego szczęście straż była bardziej zainteresowana egzekucją niż patrolowaniem pustych pałacowych komnat. Nikt nigdy nie był zainteresowany okradaniem tego miejsca, a jeżeli już jakiś delikwent się na to zdecydował – szybko kończył jak ten kupiec na zewnątrz. Tak naprawdę nikt nie wiedział dlaczego, ale wszelkie próby kradzieży były zawsze wyłapywane, a sprawcy w szybkim trybie osądzani. Niektórzy mówili, że to klątwa, inny natomiast że Dożą wykorzystuje jakieś magiczne i mroczne moce, aby chroniły go od złodziei oraz wszystkimi, którzy chcą mu zagrozić. Niestety, nikt nie umiał tego potwierdzić.
Ramòn przechodząc przez kilka korytarzy, znalazł się na wewnętrznym, mniejszym dziedzińcu. Poszperał w torbie, wyciągnął plan i szybko zerknął na rozmieszczenie pomieszczeń. Tutaj mamy komnaty służby, stróżówkę, magazyn, zejście do więzienia, podziemi… o, tutaj jesteś powiedział szeptem włamywacz i chowając mapę z powrotem, ruszył przez dziedziniec na jego drugi koniec. Szybko przeszedł pod arkadami i zszedł do podziemi. Drzwi były zamknięte, ale Ramòn był przygotowany. Wyciągnął swoje wytrychy i nasłuchując przesunięć zamka, szybkimi ruchami zręcznie go otworzył.
Ciemne, piwniczne korytarze rozświetlone jedynie pochodniami, były pokryte wilgotnym, oszlifowanym kamieniem. Także tutaj Ramòn nie natknął się na ani jedną żywą duszę, co powoli zaczynało kłaść cień zwątpienia na jego twarzy. Jeszcze raz zerknął na plan, ale wszystko wydawało się być w porządku. Po kilku minutach, dostrzegł w oddali większe pomieszczenie, z którego dobiegały przytłumione męskie głosy. Ramòn zbliżył się nieco i nasłuchując ocenił, że ma przed sobą co najmniej dwóch mężczyzn. Domyślając się, że są to strażnicy skarbca, sięgnął do torby i po chwili wyciągnął z niej flakonik z gęstą, żółtą cieczą. Wyjął także bawełnianą kulkę, którą nasączył zawartością fiolki i rzucił w kierunku pomieszczenia stróżówki. Sam wyciągnął także inną miksturę i wylawszy kilka kropel na chustkę, przyłożył sobie do ust. Odczekał kilka minut i pewnym krokiem wszedł do pomieszczenia, gdzie na podłodze leżało trzech strażników. Specyfik, którego użył, opary z Solamijskiego Kwiatu Parzywędłowca, powalą nawet najtwardszego atletę i dadzą łotrzykowi kilka godzin spokojnej pracy.
Z pomieszczenia w którym się znajdował, wychodziły tylko jedne schody w dół. Ramòn bez zastanowienia ruszył przed siebie i po kilku chwilach, znalazł się w kolejnej, pustej tym razem komnacie, na końcu której znajdowały się potężne, stalowe drzwi. Włamywacz podszedł do nich i próbował znaleźć jakikolwiek zamek albo mechanizm otwierający. Nie było jednak nic, co przypominałoby którąś z tych rzeczy. Jeżeli nie ma zamka, to znaczy że działa tutaj jakaś magia powiedział sam do siebie i ponownie zajrzał do torby. Przeszukał wszystkie kieszenie i wyciągnął maleńki sześcienny przedmiot, zawinięty w płócienne szmaty. Odwinął go i położył sobie na prawej dłoni. Był to złoty, misternie zdobiony geometrycznymi wzorami stworzony przez najlepszych gnomich inżynierów sześcian. Wcisnął znajdujący się na jego wierzchu szafirowy przycisk i kostka uniosła się samoistnie w powietrzu. Jej ścianki się rozszerzyły, a z jego wnętrza biło niebieskawe światło. Przedmiot ten zaczął wibrować coraz mocniej, aż zamknął się i wylądował z powrotem na dłoni włamywacza. No dobra, zobaczmy coś tam znalazł mały przyjacielu powiedział Ramòn i ponownie przyjrzał się drzwiom. Tym razem jednak zauważył błyszczące wzory, które z każdą sekundą nabierały blasku i złocistego koloru, układały się w pewien geometryczny wzór, z którego promienie świetlne wskazywały na niektóre z kamieni, którymi wyłożone były ściany komnaty. Włamywacz rozejrzał się po pomieszczeniu i zobaczył pięć płyt, które zapewne trzeba było wcisnąć w odpowiedniej kolejności. Ramòn przestudiował wzór, który zaczął przypominać mapę Republiki Venocii z zaznaczonymi posiadłościami Larando. Larando, ty cholero jedna. Nawet do szyfru musisz wrzucić swoją pychę i wielkość parsknął śmiechem i uporządkował miejsca według wielkości. Następnie wcisnął odpowiednie kamienie na ścianach. Potężne drzwi zaskrzypiały i ociężałe ruszyły z miejsca, otwierając przed Ramònem wnętrze skarbca Doży.
Nie tracąc więcej czasu, wszedł do środka. Musiał z niego wziąć tylko jeden przedmiot. Ramòn minął stosy dzieł sztuki, rzeźb, skrzyń ze złotem oraz drogocennymi klejnotami, aby dotrzeć do jednej, małej drewnianej skrzynki. Schowana w rogu wydawała się marnym śmieciem wobec cudowności i nieskończonego bogactwa, które tylko leżało i czekało aż ktoś sobie je przywłaszczy. Nie zastanawiając się dłużej, otworzył skrzynkę i wyjął z niej zawinięty w płótna przedmiot – półkolisty kamienny fragment czegoś, co z pewnością było częścią większej całości. Schował zawiniątko do torby i opuścił skarbiec zamykając za sobą potężne, stalowe drzwi.
Kiedy od nich odchodził, stanął jak wryty. Coś było bardzo nie tak. Ramòn nie mógł zrobić ani jednego kroku, jakby jakaś siła powstrzymywała go od opuszczenia tego miejsca. Próbował się obrócić, ale głowa także odmawiała posłuszeństwa. Po kilku minutach kamiennymi schodami zszedł Doża, otoczony strażą przyboczną i dwoma czarodziejami z kręgu wygnańców Salam’Abar.
– Proszę, proszę, a więc jednak komuś się udało – powiedział Doża z nieukrywanym podziwem – Co my tu mamy – dodał, podchodząc do sparaliżowanego Ramòna – Nie wyglądasz jak pierwszy lepszy złodziej, nikt nie doszedł tak daleko – stwierdził, obchodząc włamywacza dookoła. Ramòn bardzo chciał coś powiedzieć, ale nie był w stanie wydobyć z siebie ani jednego słowa.
– Jakie rozkazy Panie – powiedział nagle jeden ze strażników – Szubienica jeszcze gorąca – dodał i zaśmiał się w raz z innymi strażnikami.
– Nie… takim to trzeba się nacieszyć… ciekawi mnie jak obszedł zabezpieczenia – powiedział zamyślony i widocznie skonsternowany Doża – Malihmie, Karubie, co uważacie? – Zwrócił się do magów odzianych w długie, bufiaste szaty koloru krwistej czerwieni z wielkimi błękitnymi turbanami.
– Ten człowiek musi znać arkana demonologii, albo ma niebywałe szczęście… albo jakiś artefakt – powiedział sucho jeden z czarodziejów, zwróciwszy się do Ramòna. Wtedy też włamywacz spostrzegł, że obaj magowie są ślepi. Jak oni mnie widzą zastanawiał się.
– Dobrze, zatem bierzemy go… – chciał dodać Doża, ale zamarł w bezruchu. Tak samo zamarli też wszyscy dookoła niego, dosłownie jakby zatrzymał się nagle czas. Tylko magowie wydawali się poruszać gałkami ocznymi. Ramòn zaskoczony obrotem spraw próbował znaleźć przyczynę tej dziwnej sytuacji. W jednej chwili, z jego prawej strony zmaterializował się starszy, siwy mężczyzna odziany w podniszczone szaty, dzierżący magiczny kostur zwieńczony srebrną kulą.
Ramònie – odezwał się spokojnym głosem starzec – Twoje przyjście tutaj nie było przypadkowe, a i Twoje przeznaczenie zaprowadzi Cię do wielkich czynów. Nie mam czasu na wyjaśnienia, gdyż czas nagli, a i nieprzyjaciel czyha za rogiem. On już wie, że kolejny fragment został odnaleziony i dołoży wszelkich starań aby ci go odebrać. Ci magowie są jego emisariuszami. Weź ten ornament i udaj się do miasta Srebrny Bród do gospody Pod Rozbitym Kuflem. Tam się spotkamy! Pomogę Ci się stąd wydostać – dodał, po czym łapiąc Ramòna za prawą rękę, wykonał kosturem skomplikowany wzór w powietrzu i mamrocząc słowa magicznego zaklęcia, stuknął nim o posadzkę.
W jednej chwili obaj zniknęli, a z pałacu Doży dobiegł potężny krzyk wściekłości i rozpaczy.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *